28 IV 2017

Z przyjemnością prezentuję Wam część czwartą "Smoczej opowieści". Czas rozpicząć prawdziwą akcję!

Na Katalogu Szuflada pojawiła się ocena "Smoczej opowieści". Link znajdziecie w zakładce "Linki" :D
Zapraszam na rozdział czwarty!
I widzimy się po maturach z moją ukochaną częścią piątą! ^^

piątek, 28 kwietnia 2017

4. Nóż wymierzony prosto w serce

Betowały: Katja i Desdemona

Myślał, że moment kryzysowy ma już za sobą, ale jednak się pomylił. Draco Malfoy czuł, że wariował.
Nie licząc wychodzenia do łazienki, które i tak ograniczał do absolutnego minimum, nie ruszał się z przydzielonego mu pokoju od ośmiu dni, czyli od czasu kiedy to dotkliwie pobił syna właścicieli domu, najobrzydliwszą pokrakę, jaka chodziła po tym łez padole, Ronalda Weasleya. Nikt oczywiście go na siłę nie trzymał w tej klitce (chociaż ryża kura, mrucząca pod nosem obraźliwe komentarze, ilekroć przynosiła mu jedzenie, sprawiała wrażenie, jakby miała na to jeszcze większą ochotę niż na dokarmianie tej trzody, która przed laty wyszła z jej waginy; a jeżeliby jeszcze jej pozwolono, aby przypiekała go żywym ogniem, byłaby pewnie wniebowzięta), ale Dracon nie miał przyjemności oglądać tego zarobaczonego gnoma i patrzeć, jak bezczelnie śmieje się ze swojego zwycięstwa, którym było tak mocne wyprowadzenie go z równowagi.
Toteż od pieprzonych ośmiu dni jego jedyną rozrywką było obserwowanie pająków łażących po suficie, albo przyglądanie się resztkom smoczych skór lub jaj, których chyba nikt nie zamierzał wyrzucić aż do końca świata. Ponieważ Weasleyom najwyraźniej nie przyszło do tych rudych tępych głów, że normalni czarodzieje od czasu do czasu sięgają po książki albo gazety, nie zaopatrzyli go w ani jedną zadrukowaną stronę.
Nigdy nie przypuszczał, że za literaturą można tak tęsknić, ale teraz oddałby wszystko za (choćby i używany!) egzemplarz „Quidditcha przez wieki”. U kresu wytrzymałości, który przypadł na ostatnie dwa dni, nie pogardziłby nawet „Historią Hogwartu”, a to bezsprzecznie świadczyło o tym, że zaczyna się z nim źle dziać.
Miał wrażenie, że znał w tym klaustrofobicznym pomieszczeniu dokładnie wszystko. Klepek na podłodze było trzydzieści siedem, a dziur w suficie pięćdziesiąt cztery. Abażur starej zakurzonej lampy miał dwanaście plam, zaś szafkę biurka w pewnym miejscu przeżarły korniki. Wiedział nawet, że stara prycz skrzypi, bo pięć z czternastu sprężyn było zepsutych. Doszło do tego, że zauważył, że codziennie z dziury wielkości szpilki znajdującej się pod łóżkiem wychodzą dwa pająki, które nazwał Imperius i Cruciatus. Imperius był, według Draco ma się rozumieć, chłopakiem, a Cruciatus dziewczyną. Malfoy tylko czekał aż z tego związku na świecie pojawią się bliźniaczki Avada i Kedavra.
Ślizgon czasami, gdy małżeńskie bawienie się w kotka i myszkę Imperiusa i Cruciatusa zaczynało go nudzić, podchodził do drzwi i próbował usłyszeć, co dzieje się w domu. Miał szczęście, że Nora była niesamowicie dźwiękonośnym budynkiem i niekiedy udawało mu się dosłyszeć, bardzo wyraźnie, pojedyncze zdania lub, jeśli miał farta, całe rozmowy. Nie były one jakoś szczególnie porywające, ale zważywszy na to, że oprócz pary pająków i rzadkich wyjść do łazienki, były jedyną rozrywką Dracona, uważnie im się przysłuchiwał, dowiadując się przy okazji ciekawych informacji.
I tak przykładowo wiedział, o przyjeździe na dzień przed akcją Zakonu Feniksa Charliego Weasleya, tresera smoków i właściciela obecnie zajmowanego przez Malfoya pokoju. Wywnioskował także, że sławetny Harry Potter ma się pojawić w Norze dokładnie o północy w swoje urodziny (osobiście uważał, że to do reszty skretyniały pomysł, żeby czekać z przenosinami zakichanego Wybrańca niemal do samego końca, aż Namiar wygaśnie, ale jego o zdanie nikt nie pytał).
Ma się rozumieć, dzwiękonośność budynku miała też swoje złe strony. Bywało, że w nocy budził się po kilka razy, jeżeli ktoś akurat nie spał i postanowił przejść się po korytarzu, albo zejść do kuchni. No i doskonale słyszał, co dzieje się w pokoju obok, w którym teraz mieszkali William „Bill” Weasley oraz jego willowata narzeczona i wyjątkowy tchórz (jak się okazało podczas ostatniego Turnieju Trójmagicznego), Fleur Delecour, którzy nie należeli do najcichszych sąsiadów. Raz przypomnieli sobie, że należałoby wyciszyć pokój dopiero po trzecim orgazmie Fleur. Draco, który starał się ostatnimi czasy zepchnąć swoje potrzeby seksualne na jak najdalszych plan, rano z satysfakcją słuchał, gdy w kuchni Molly (sypialnia jej i Artura znajdowała się dokładnie nad pokojem narzeczeństwa) wygłaszała konserwatywną wypowiedź na temat przyzwoitości i używanie zaklęć wyciszających przed ślubem.
*
Hermiona tylko pozornie była zaczytana w najnowszej książce L. Wakefield „Numerologia to też czary”. W rzeczywistości musiała natychmiast porozmawiać na osobności z pewnymi jegomościami, którzy właśnie obsmarowywali sadłem olbrzymów najlepszą miotłę swojej siostry, jaką ta posiadała w domu (Nimbus 1001 został w Hogwarcie). Niestety, nie byli sami, co uniemożliwiało jej rozpoczęcie rozmowy.
Leżąc na kocu w szkocką kratę, na trawie nieopodal szopy, obserwowała, jak Charlie Weasley śmiał się głośno z dowcipu bliźniaków. Przyjemnie ciepłe promienie słońca padały na jej plecy i nogi, a lekki wiaterek smagał piegowatą twarz i rozwiewał nieładnie puszące się brązowe włosy. Państwo Weasley pozostali w domu, omawiając z Billem i Fleur szczegóły zbliżającego się wielkimi krokami ślubu, Ginny z Ronem grali w jego pokoju w Ekspodującego Durnia, a Malfoy zamknął się półtora tygodnia temu na cztery spusty na drugim piętrze i nie wyglądało na to, żeby kiedykolwiek zamierzał jeszcze pokazać się światu. Jednego arystokratycznego dupka mniej. Nie mogłaby więc wybrać dogodniejszego momentu. Gdyby tylko nie Charlie!
Już myślała, że nigdy nie przestaną chichotać przy tej miotle, kiedy rozległ się wybawczy głos pana Weasleya:
— CHARLIE! MOŻESZ PRZYJŚĆ TU DO NAS NA CHWILĘ?
— JUŻ IDĘ, TATO! — odkrzyknął dwudziestopięciolatek.
Później coś powiedział do bliźniaków i skierował się w stronę domu.
— Ej, a ty co? — zawołał Fred do George’a, który podążył za starszym bratem.
— Muszę zabrać z kuchni Wymiotki. Inaczej mama je jeszcze pomyli z malinami i wrzuci do tarty — wytłumaczył.
— Po co je tam zostawiłeś?
— Bo chciałem, że Ron znowu je zjadł — odpowiedział George, coraz bardziej oddalając się od drugiego bliźniaka.
— Zrobiłeś to BEZE MNIE? — krzyknął wstrząśnięty Fred.
George tylko się głośno zaśmiał. W zamian za to zobaczył wyciągnięty w jego stronę środkowy palec.
Hermiona natychmiast poderwała się z koca, kiedy tylko George i Charlie zniknęli za drzwiami do kuchni. Rzuciła na koc „Numerologia to też czary” i czym prędzej podbiegła do osamotnionego rudzielca.
W szopie mimo otwartych na oścież drzwi panował lekki zaduch, ale przynajmniej dach chronił przed udarem słonecznym.
Fred uśmiechnął się szeroko, gdy ją zobaczył.
— Jak się masz, moja przyszła bratowo? — zagadnął głosem jak zwykle tryskającym radością.
— Całkiem nieźle — odparła zdawkowo Hermiona, ignorując nazwanie jej przez bliźniaka „przyszłą bratową”.
Oczywiście, to, co działo się między nią a Ronaldem, można było podpiąć pod jakiś rodzaj związku, ale bywały takie momenty, kiedy sama nie miała pewności, czy czuje do Rona coś więcej niż tylko zauroczenie albo fizyczny pociąg. Na razie jednak sprawy uczuciowe musiały zejść na dalszy plan. Znajdowali się w stanie wojny.
— A po co tu przyszłaś? — zapytał zaciekawiony chłopak. — Chyba nie chcesz mi robić reprymendy za to niewielkie podrasowywanie miotły Ginny, co? — Mrugnął do niej.
— Nie, ale chcę z tobą porozmawiać także na temat waszych dowcipów — odpowiedziała zwięźle, obserwując, jak Fred nie przestaje nakładać kolejne warstwy sadła olbrzymów na miotłę.
Okropnie śmierdziało. Nawet nie chciała wiedzieć, w jaki sposób znalazło się to w posiadaniu braci Weasley.
— Miałabyś ochotę zwiększyć libido Rona do maksimum, żebyście nie wychodzili z łóżka, czy może wręcz odwrotnie? — Podniósł sugestywnie brwi.
Hermiona odrobinę spąsowiała, jednakże próbowała zachować twarz.
— Nie wiedziałam, że to też wchodzi w skład świadczących przez was usług — odcięła się i nawet udało jej się zachować niewzruszony ton głosu.
— Przecież jesteśmy już dorośli — powiedział swobodnie. — Nawet Ron, choć trudno w to uwierzyć, prawda?
Dziewczyna popatrzyła na niego spod byka. Nie przyszła na pogawędkę o swoim życiu prywatnym.
— No, dobrze, wybacz, Hermiono — odezwał się Fred, pozorując skruchę. — Po prostu ostatnio do „Magicznych Dowcipów Weasleyów” przyjęliśmy nową asystentkę, Julię. Ma się rozumieć, kierowaliśmy się wyłącznie jej wysokimi kwalifikacjami. Ale mówię ci, jak ona zacznie ustawiać eliksiry miłosne na najwyższych półkach, żeby dzieciaki ich nie zwinęły, albo schyli się po Peruwiański Proszek Natychmiastowej Ciemności, to…
— A co z Angeliną? — przerwała mu pośpiesznie Granger.
Jakoś nie miała ochoty na słuchanie o tym, co Fred wtedy czuje, nie tylko duchowo.
Chłopak wzruszył ramionami, a jego szeroki uśmiech się zmniejszył i błogi wyraz twarzy nagle wyparował.
— Cóż, nie za często się z nią teraz widuję. Jest zajęta. Bardzo ją wciągnęła ta praca w Departamencie Magicznych Gier i Sportów — wytłumaczył, mocniej pocierając rączkę miotły. — Poza tym, to już nie to samo, co w Hogwarcie — dodał ciszej, wbijając wzrok w sadło olbrzymów stojące w wielkim słoju na stoliku obok. — Ale zdaję się, że nie o tym zamierzałaś ze mną porozmawiać? — Uśmiechnął się, ale już nie tak wesoło jak wcześniej.
Hermiona zamrugała kilkakrotnie oczami, zasłuchana do tej pory w to, co mówił Fred. Na piątym roku, kiedy wspólnie działali w Gwardii Dumbledore’a, polubiła Angelinę Johnson. A gdy dowiedziała się, że dziewczyna chodzi z jednym z bliźniaków, ucieszyła się, bo odkąd zobaczyła ich razem na Balu Bożonarodzeniowym, wiedziała, że idealnie do siebie pasują.
— Ach tak! — momentalnie otrzeźwiała. — Chciałam się ciebie zapytać, czy naprawdę nie znaleźliście przeciwzaklęcia na te tatuaże?
Musiała się jak najszybciej dowiedzieć, czy tego węża można usunąć z nadgarstka Rona, ale należało to zrobić tak, żeby sam zainteresowany nie zorientował się, że rozmawiała z jego braćmi. Znała Ronalda doskonale, przyjaźnili się od prawie siedmiu lat, chodzili ze sobą od kilku tygodni, więc wiedziała jak nikt inny, że nie spodobałoby mu się, gdyby zobaczył, jak robi coś za jego plecami.
Fred zmarszczył brwi.
— Jakie tatuaże, Hermiono? — spytał zdziwiony.
Popatrzyła na chłopaka, jak na sklerotyka.
— No te tatuaże, które ostatnio wymyśliliście — wyjaśniła. — Daliście Ronowi wielką księgę z nimi, ale nie powiedzieliście, w jaki sposób je usunąć.
— Ale my mu nic nie dawaliśmy — odparł Fred.
Teraz to on na nią dziwnie spoglądał.
— No, dobra, może jedno Gigantojęzyczne Toffi, ale to jeszcze na początku wakacji.
— A te tatuaże? — nie dawała za wygraną.
Albo bliźniak o nich zapomniał, co było mniej prawdopodobne niż to, że mimo trzydziestu stopni zaraz spadłby śnieg, albo…
— Hermiono, jak do tej pory nie wymyśliliśmy żadnych tatuaży…
— Jesteś pewien?
— Absolutnie — odparł poważnie rudzielec, a zaraz potem wybuchnął niepohamowanym śmiechem. — Co? Ron zrobił sobie jakiś obleśny tatuaż, a gdy go zauważyłaś, zrzucił całą winę na nas?
Ale Hermiona już go nie słuchała. Jak w transie odwróciła się na pięcie i zaczęła kierować się w stronę koca w szkocką kratę. Nagle znowu zawróciła i podeszła szybko do Freda.
— Nie mów Ronowi o naszej rozmowie, w porządku? — poprosiła chłopaka. — W ogóle to nikomu tego nie mów, nawet George’owi, dobra?
Weasley zmierzył ją uważnie wzrokiem. Wydawała się być w półśnie, jeżeli istniało coś takiego.
— Jasne, nie ma sprawy — zapewnił. — Ale, Hermiona, czy stało…
— Nie, wszystko jest w jak najlepszym porządku — przerwała mu, a jej głos wydawał się być równie senny jak głos Sibilli Trewlawney.
— Na pewno?
— Tak.
Znalazła się przy kocu tak szybko, że nawet tego nie zauważył. W mgnieniu oka pozbierała wszystkie rzeczy i już chwilę później siedziała w swoim pokoju, naprawdę zaczytana, ale już nie w „Numerologia to też czary” L.Wakefield.
*
A więc nadszedł ten wielki dzień. Zaczarowana kartka z kalendarza wiszącego w kuchni opadła punkt o północy 31 lipca 1997 roku. Były imieniny Hestii i Ignotusa, słońce wchodziło o piątej rano, a zachodziło dwadzieścia pięć po ósmej. Księżyc znajdował się w ostatniej kwadrze — za trzy dni miał być nów.
Wysoka postać z wściekle rudymi włosami i niezliczonymi piegami na pociągłej twarzy wyszła do ogródka przez frontowe drzwi. Ciemny płaszcz sprawiał, że była prawie niewidoczna w nikłym świecie rogala, który pozostał z księżyca. W kilku susach znalazła się przy furtce i z lekkim skrzypieniem wydostała się z posesji. Wkrótce zniknęła w pobliskim lesie.
Wydawać by się mogło, że Nora słodko spała, gdyby nie brać pod uwagę trzech osób, które pozostawały tak mocno rozbudzone, jakby już nigdy nie miały usnąć. Draco Malfoy siedzący na parapecie na korytarzu drugiego piętra, Hermiona Granger nieśmiało wyglądająca przez okno pokoju, uważając, by nie obudzić swojej współlokatorki, Ginny, i Molly Weasley obserwująca swój ukochany ogród, dobrze widzieli, jak Ronald Weasley opuszcza granicę zaklęć strzegących dom i przepada w cieniach gęstych drzew.
*
Od rana w Norze panował niewyobrażalny harmider, który docierał na drugie piętro w postaci niezliczonych szumów, krzyków i szeptów zlewających się w jedno. Nie można było powiedzieć, że Draco czuł podekscytowanie, ale kłamstwem byłoby też stwierdzenie, że ten dzień stał się dla niego tak samo szary i nijaki jak wszystkie poprzednie spędzone w tym miejscu.
Przyjeżdżał wielki Grzmotter i Bliznowaty albo Wybraniec i Chłopiec, Który Przeżył, słowem Harry Potter. Oczywiście nie mógł zrobić tego, jak każdy cywilizowany czarodziej (no bo po prawdzie nim nie był), lecz musiał skorzystać z takich urozmaiceń jak cały sztab ludzi gotowych oddać za niego życie i szereg zaklęć, jakie miały go ochronić przed samym Czarnym Panem.
O ósmej wieczorem cała rodzina Weasley zjadła porządną kolację, a o wpół do dziewiątej zaczęli w Norze gromadzić się członkowie Zakonu Feniksa, którzy mieli brać udział w akcji. Za piętnaście dziewiąta Draco usłyszał pukanie do drzwi.
— Proszę — odezwał się znudzonym tonem.
Spodziewał się, że Artur zechce z nim porozmawiać przed samym rozpoczęciem zadania i stwierdził, że intuicja go nie zawiodła, kiedy zobaczył jego dobrotliwą twarz pooraną gdzieniegdzie zmarszczkami.
— Wiedziałeś, że tu przyjdę, hmm? — zapytał z uśmiechem.
— Owszem — odpowiedział zdawkowo Draco.
O dziwo nie leżał na łóżku, ale siedział w dającej do myślenia odległości od drzwi. Artur domyślał się, że chłopak od dłuższego czasu przysłuchuje się temu, co dzieje się poza progiem ciasnego pokoiku. W końcu co innego miał robić od pięciu tygodni?
— Nie mam dużo czasu, więc od razu przejdę do rzeczy — zaczął rzeczowo pan Weasley.
Oparł się o ścianę tak, żeby mieć dobry widok na Dracona.
— Rozumiem, że ten pokój jest niezwykle ciekawym i inspirującym pomieszczeniem, ale prosiłbym cię, żebyś zszedł na parter, kiedy nie będzie mnie w domu.
Malfoy zerknął na niego, dobrze ukrywając zdziwienie.
— A niby po co? Boi się pan, że pod pana nieobecność wyskoczę z okna, albo znajdę byle jaką miotłę i polecę w siną dal? — sarknął. — Bez obaw. Doskonale zdaję sobie sprawę, że by mi się to nie udało. Za dużo zaklęć na mnie rzuciliście.
Artur spróbował popatrzeć Ślizgonowi prosto w oczy, ale ten odwracał wzrok za każdym razem, kiedy mężczyzna spojrzał na jego bladą wyniosłą twarz.
— Nawet o tym nie pomyślałem. — Posłał mu smutny uśmiech, a Draco doszedł do wniosku, że jeśli ten zdrajca krwi nie przestanie z swoim obrzydliwie miłym podejście do niego, to się na niego rzuci. — Po prostu w domu pozostają tylko Ginny i Molly, z czego wynika, że będziesz jedynym mężczyzną w Norze. Chciałbym, żebyś przez ten czas miał na nie oko.
— Pan sobie żartuje — stwierdził Malfoy.
Ten facet na pewno robi sobie z niego jaja. Że niby miał się opiekować ryżą kurą i jej ukochaną córeczką? Samo w sobie brzmiało na tyle idiotycznie, że nie wymagało dodatkowego komentarza.
— Ani trochę — odpowiedział śmiertelnie poważny Artur. — Wiem, że się powtarzam, ale, Draco, jesteś bardzo dobrym czarodziejem, z zadatkami na świetnego czarodzieja. W razie czego potrafiłbyś walczyć.
Przez powagę pana Weasleya przebijał się strach. Ślizgon widział, że mężczyzna przeczuwał, że dzisiaj zdarzy się coś niedobrego.
No tak, pomyślał chłopak, twój synalek, jak sądzę, był głównym pomysłodawcą tego, co was czeka.
— Nie mógłby walczyć, bo nie mam różdżki — powiedział sucho Draco. — Jakby pan zapomniał, Zakon Feniksa mi ją zabrał.
Nie chciał, aby ktokolwiek wiedział, jak bolesna jest to dla niego ta strata. Czystokrwisty arystokrata nie posiadający własnej różdżki! Do tej pory starał się zwalać fakt, że powoli zaczyna wariować, na nudę, ale prawda była taka, że bez tego niewielkiego kawałka drewna czuł, jakby już nie był człowiekiem, tylko kimś o wiele gorszym, jak szlamy czy skrzaty domowe.
— To nie jest taki wielki problem — odpowiedział Artur. — Ginny mi kiedyś wspominała, że Fred i George dali jej parę fałszywych różdżek, które jednak na krótko potrafią działać zupełnie jak prawdziwe. Zawsze jedną z nich możesz od niej pożyczyć. A poza tym jestem przekonany, że użyczyłaby ci swojej, gdyby zaszła taka potrzeba.
Draco przez chwilę się nie odzywał, a potem pierwszy raz od kiedy Weasley przekroczył próg pokoju, spojrzał mu prosto w oczy.
— Przyszedł pan tu tylko dla pozorów, prawda? I tak musiałbym zejść na parter…
— Nie, nie musiałbyś. — Mężczyzna posłał mu przyjazne spojrzenie. — Ale w sumie przekazuję ci pod opiekę mój dom i dwie najważniejsze kobiety w moim życiu, więc sam rozumiesz, że mi zależy, abyś wykonał tę prośbę.
Znowu zapadło milczenie. W końcu Malfoy się zgodził:
— No dobrze, zaraz zejdę.
Artur znowu się do niego uśmiechnął i Draco pomyślał, że Weasley najwyraźniej go polubił. Poczuł się z tym nieswojo.
*
W salonie panowała niezręczna cisza. Prawie wszyscy chwilę temu teleportowali się na Privet Drive 4 w Surrey, więc tak jak zapowiadał Artur, w Norze pozostali tylko Molly, Ginny i Draco. Chłopak siedział na niewygodnej starej kanapie, mocno ściskając w dłoniach fałszywą różdżkę – jeden z produktów „Magicznych Dowcipów Weasleyów”. Nie miał bladego pojęcia, jak bliźniakom udało się wyprodukować coś, co rzeczywiście działało, ale właśnie sam się o tym przekonał, rzucając zaklęcie przywołujące bordową poduszkę z fotela obok (zrobił to pod czujnym okiem ryżej kury, która patrząc na niego, miała taką minę, jakby dopiero co zjadła wyjątkowo kwaśną cytrynę).
Ginny, która zajęła miejsce na drugim fotelu, bawiła się magicznymi kartami do gry, ale jakoś bez przekonania. Draco czuł, jak co jakiś czas rzucała mu dziwne spojrzenia, lecz nie zwracał na to zbytniej uwagi. Przez ostatnie pięć tygodni nie miał ochoty z nikim rozmawiać, choć doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest to zbyt zdrowe dla jego psychiki.
Powoli obracając w długich palca różdżkę, próbował cieszyć się tym, że na moment odzyskał to, za czym tak bardzo tęsknił. Oczywiście, nie było to to samo, co jego własna różdżka, ale wolał mieć przynajmniej jej namiastkę niż nic.
Z zewnątrz podrobiony drewniany przedmiot wyglądał identycznie jak prawdziwy. Odpowiednia długość, giętkość i kształt sprawiały, że mało doświadczony czarodziej mógłby mieć problemy z rozpoznaniem, że to falsyfikat. Pomimo to Draco, gdy tylko chwycił różdżkę w dłonie, wiedział, że jest imitacją. Owszem, dobrą, ale tylko imitacją.
Czas dłużył się w nieskończoność. Minęła dziewiąta i wpół do dziesiątej, a martwej ciszy nie przerywało nic niepokojącego.
Malfoy czuł, że to cisza przed burzą. Łasica kombinował ze śmierciożercami, wychodził nawet dzisiaj w nocy, więc pewnym było, że Zakon Feniksa zostanie w ciągu najbliższych kilku godzin zaatakowany. Jako dezerter powinien się obawiać, ale w jego głowie panował dziwny spokój.
Gdyby Harry Potter dostałby się w ręce Czarnego Pana, cały świat, jaki Ślizgon dotąd znał, runąłby w posadach. To byłby bezapelacyjny koniec wszystkiego, o co przez całe życie walczył Albus Dumbledore ze swoją świtą.
Oszacowanie, czy członkowie Zakonu mieli szanse doprowadzić akcję do szczęśliwego zakończenia, jakie stanowiło bezpieczne wylądowanie Pottera w Norze, nie było łatwe. Siły Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać rosły z każdą chwilą, zwłaszcza teraz po roztrzaskaniu się Dumbledore’a u stóp Wieży Astronomicznej. Co bardziej inteligentni lub pozbawieni skrupułów czarodzieje, albo jedni i drudzy, przyłączali się do Ciemnej Strony. To nie dziwiło, bowiem Czarny Pan pozornie był skazany na sukces. W kraju zapanował chaos, nad którym w ogóle nie panowało Ministerstwo Magii, i nic nie zapowiadało, aby ta sytuacja uległa zmianie.
Zakon Feniksa w odpowiedzi na poczynania Czarnego Pana starał się zwerbować jak najwięcej ludzi, ale mało zostało takich, którzy w imię honoru i sprawiedliwość potrafiliby oddać życie.
Dracon był jednak spokojny. Wydawało się mało prawdopodobne, żeby śmierciożercy przebili się przez taki ogrom zaklęć ochronnych, który roztaczał się nad Norą. A nawet gdyby w jakiś sposób udałoby im się tego dokonać, prysłoby też zaklęcie, jakie więziło tutaj jego. Oczywiście, Wieprzlej zapewne wypaplał sługom Czarnego Pana, że Zakon ukrywał Malfoya u niego w domu, ale co z tego, jeżeli Ślizgon mógłby się teleportować na koniec świata, w chwili, w której czary rzucone na niego straciłby swą moc. Miał świadomość, że musiałby ukrywać się przed Ciemną Stroną do końca życia, lecz z tym już się dawno pogodził.
Za piętnaście dziesiąta wreszcie odezwała się zaniepokojona Ginny:
— Mamo, oni wszyscy powinni już tu być — szepnęła zdenerwowana, podrywając się z fotela.
Artur, schodząc razem z Draco po schodach, zdążył powiedzieć mu, że połowa członków Zakonu na czele z Wielkim Harrym Potterem ma wrócić do Nory kilkoma świstoklikami, natomiast pozostali powinni przylecieć na miotłach lub testralach.
Pani Weasley, która do tej pory miotała się między kuchnią a salonem, wyglądając co chwilę przez okna na zapadającą w ogrodzie ciemność, spojrzała na córkę.
— Wiem, Ginny — przyznała. — Ale na pewno zaraz się pojawią. Na pewno — dodała, przekonując bardzie siebie niż dziewczynę.
Jakby na zawołanie rozległ się głośny świst gdzieś na zewnątrz. Molly w mgnieniu oka podbiegła znowu do okien kuchni i krzyknęła z wyraźną ulgą:
— SĄ!
— Mamo, kto to? — pisnęła z radością Ginny.
— CHYBA HARRY I HAGRID! — odkrzyknęła już w progu pani Weasley.
Draco nie ruszył się z miejsca, gdy dwie kobiety wybiegały na przywitanie Pierwszego Bohatera Narodowego i jego przygłupiego olbrzyma. Zaśmiał się pod nosem, zdając sobie sprawę, że czuje lekki żal. Skoro Grzmotter był już w Norze, nie będzie bijatyki, na którą tak czekał. Przed nim roztaczała się wizja kolejnych czterech „wspaniałych” tygodni spędzonych w klitce na drugim piętrze. A potem powiozą go prosto do Munga.
Z podwórka docierały do salonu podniesione głosy:
— Harry? Jesteś prawdziwym Harrym? Co się stało? Gdzie są inni?!
Ryża kura nie przestanie się wydzierać, dopóki ktoś nie straci cierpliwości i nie uciszy ją raz na zawsze Avadą Kedavrą.
— Co? To jeszcze nikt nie wrócił?
Dracon rozpoznał głos Śmierdziela-Pottera.
Nie, złotko, po prostu lubię robić z ciebie idiotę. Zresztą wszyscy to lubią. No i jak się już wywrzeszczę, to przestają mnie boleć korzonki i mogę spokojnie zasnąć.
Ślizgon zapewne nie skończyłby odgrywania swojej własnej ironicznej wewnętrznej alternatywnej wersji rzeczywistości, jeżeli Potter by nie dodał:
— Śmierciożercy na nas czekali. Okrążyli nas, jak tylko poderwaliśmy się w powietrze… wiedzieli, że to miało być tej nocy… nie wiem, co się stało z innymi. Nas ścigało czterech, robiliśmy wszystko, żeby się od nich uwolnić… a potem dopadł nas Voldemort…
Dracona na dźwięk nazwiska jego Pana sparaliżowało. Ryża kura i Wiewióra trajkotały coś jeszcze, ale on ich już nie słyszał.
A więc jednak…
Do tej pory plan ucieczki wydawał się dziecinnie prosty, bo Draco nie uwzględnił w nim właśnie Jego. Nawet nie przyszło mu do głowy, że On zechce „się fatygować”, skoro posiadał gromadę ludzi, którzy na skinienie palca przynieśliby Mu Pottera na talerzu.
Z lekkim opóźnieniem dotarł do chłopaka jeszcze jeden bardzo ważny fakt. Czarny Pan pojawi się w Norze razem z Łasicą.
Czyli już za parę minut.
Chciał się ruszyć, biec, uciekać, ale przecież na razie nie mógł wyjść za próg tej cholernej stodoły!
To jasne, że nawet najpotężniejsze zaklęcia ochronne Go nie powstrzymają. Wymorduje wszystkich, zostawiając Pottera na deser. A Dracona za niewierność spotka dotkliwa kara. Niewyobrażalnie dotkliwa kara.
Malfoy znał i umiał takie zaklęcia, których próżno było szukać nawet w Dziale Ksiąg Zakazanych. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że teraz także ich posmakuje.
W domu zrobił się szum i dopiero teraz Ślizgon zauważył, że Potter i Lupin taszczą do salonu zakrwawionego Freda albo George’a. Za nimi biegły szybko Molly i Ginny. Hagrid próbował wejść do domu, mocując się z niewielkimi drzwiami kuchni.
Bliźniak wyglądał okropnie. Całą twarz, szyję i koszulę miał we krwi, a jego włosy były pokryte ciemnym pyłem.
Chyba chcieli położyć Freda albo George’a na kanapie, bo Lupin zerknął w stronę siedzącego Dracona, jakby zamierzał powiedzieć, że ma wstać, ale w tym samym momencie rozległ się potężny huk. Dom zatrząsnął się w posadach, z sufitu na jasne włosy Ślizgona posypały się malutkie kawałeczki farby. Wszyscy znieruchomieli.
— Zjeżdżaj stąd — warknął na Malfoya Lupin. — No już.
Chłopak poderwał się z kanapy bez żadnych oporów, ponieważ w głowie kotłowała mu się tylko jedna myśl. On tu jest. On już tu jest.
— Remusie, co się dzieje?! — krzyknął spanikowany i zdyszany Potter.
Nawet nie zauważył Dracona, taki był rozdygotany.
— Pościg się jeszcze nie skończył — wyszeptał Lupin wypranym z emocji tonem, wbijając wzrok w zakrwawionego bliźniaka.
Na dworze słychać było pierwsze krzyki i formuły rzucanych zaklęć.
— Harry, Harry, posłuchaj mnie. — Złapał chłopaka za ramiona i mocno nim potrząsnął. — Harry, masz mnie posłuchać. NIE WOLNO ci wychodzić z domu, zrozumiałeś?! Pod żadnym pozorem… Harry, NIE MOŻESZ! — Powstrzymał go, gdy ten chciał wybiec na zewnątrz. — Masz tu siedzieć…
— Przecież tam walczą! — ryknął Potter.
— Masz tu siedzieć i ani na krok nie wychodzić!… Molly, w razie czego wiesz co robić.
Pani Weasley pokiwała głową, otępiała. Jej policzki były już całe mokre.
Czyli Norę chronią inne zaklęcia niż obszar wokół niej, pomyślał gorączkowo Draco. Ale to nie ma sensu!
Nawet Hogwart był chroniony spójnymi zaklęciami. Nie było czegoś takiego, jak ochrona tylko jakiegoś budynku. Chroniono obszary, nie budowle. Wspominał o tym sam Czarny Pan podczas ostatniego spotkania śmierciożerców, w którym uczestniczył młody Malfoy. Jeżeli zdołanoby złamać czary wokół Hogwartu, zamek byłby całkowicie bezbronny, bo nie dało się go chronić jako obiektu. A jakiś podrzędny dom pracownika Departamentu Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli już tak?! Poza tym, co to musiałyby być za potężne czary, żeby sam Czarny Pan się pod nimi ugiął?!
Lupin zniknął za kuchennymi drzwiami, Hagrid przytrzymywał wierzgającego Pottera, pani Weasley klęczała przy krwawiącym synu, ściskając jego brudne palce, a Ginny szperała w komodzie obok kominka.
— Mamo, gdzie to jest?! — pisnęła głośno, wyrzucając z szuflady komplet zielonej pościeli w skrzaty domowe. — Mamo, no… MAM! — Zwycięsko wystrzeliła w górę dłonią, dumnie dzierżącą w niej burą skarpetkę z wytartą piętą.
Z zewnątrz docierały coraz głośniejsze dźwięki. Ktoś krzyknął, ktoś zaklął, ktoś jęknął z bólu. Dracon, tak desperacko ściskając w rękach fałszywą różdżkę, że aż pobielały mu knykcie, podszedł powoli do jednego z okien kuchni. Nikt w domu nie zwracał na niego najmniejszej uwagi.
W ogrodzie majaczyły liczne sylwetki, które podzieliły się na kolory — część była pstrokata, a część czarna, prawie niedostrzegalna w ciemnościach ostatniej nocy lipca. Rozbłyski zaklęć rozświetlały podwórze jak fajerwerki, a trzaski teleportacji, zapewne kolejnych członków Zakonu Feniksa, mimo że cichsze, wyraźnie zakłócały odgłosy walki.
Dracon szukał w tym zamieszaniu tylko dwóch postaci: swojego ojca i Czarnego Pana. Niemal natychmiast dostrzegł tego pierwszego. To, że po śmierci Dumbledore’a uciekł z Azkabanu razem z innymi śmierciożercami było bezdyskusyjne, dlatego kiedy chłopak odnalazł jego długie, prawie białe włosy i pociągłą twarz, wyraźnie wyróżniające się na tle ciemność, wcale nie czuł się wstrząśnięty. Natomiast, chociaż Ślizgon rozglądał się tak dokładnie, jakby od tego zależało jego życie (w sumie „jakby” nie jest tutaj potrzebne), nigdzie nie było widać Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, a to przecież On powinien grać pierwsze skrzypce w tym starciu. Sam Grzmotter wspominał, że Go dopadł. Co, tak nagle odpuścił?
I nagle stało się coś, co sprawiło, że walki na chwilę przerwano. Na podwórku Nory pojawiła się jeszcze jedna osoba, której, jako pewnego inicjatora tej całej zabawy, nie mogło zabraknąć.
Ronald Weasley teleportował się z trzaskiem dokładnie naprzeciwko kuchennych drzwi. I nie był sam. Draco zwrócił na nich uwagę dopiero, gdy tłum się uciszył za sprawą głośnych słów Rona.
— Harry, czemu do nas nie dołączysz?! — krzyknął rudzielec w kierunku domu.
Potter, do tej pory nieustannie szamoczący się z Hagridem w salonie, także ucichł. Przez duże okna wychodzące na podwórze, musiał dostrzegać wszystko, co tam się działo. Jego oddech był tak głośny i tak ciężki, że Draco bardzo dobrze go słyszał w kuchni.
— Popatrz, jak tu jest ekstra! Nawet Hermiona postanowiła wziąć udział!
Ronald trzymał w żelaznym uścisku trzęsącą się jak galareta dziewczynę.
— Jest super, prawda kotku?! — Obleśne polizał policzek Granger, a nią samą wstrząsnął potężny dreszcz. — No wyjdź, Harry! Chyba się mnie nie boisz, co, Wybrańcu?! — wypluł ostatnie słowo jak obelgę.
Potter wreszcie się octknął. Najwyraźniej musiał już się domyśleć, po której stronie rzeczywiście stanął jego przyjaciel.
— Hagrid, puszczaj mnie! — zaczął wywrzaskiwać wniebogłosy. — Puszczaj! To Hermiona! Puść mnie natychmiast!
Półolbrzym coś mu odpowiedział, ale Draco tego nie dosłyszał z dwóch powodów. Po pierwsze do kuchni wpadła Ginny, trącając krzesło i wywołując tym samym zgrzyt, a po drugie dlatego, że za bardzo skoncentrował się na ruchach Łasicy.
Ron ręką, którą do tej pory trzymał Granger za brzuch,  powoli wydobył z kieszeni spodni coś w rodzaju dużego scyzoryka i swoimi zębami wyciągnął z niego ostrze, wciąż ściskając dziewczynę za szyję. Potem przesunął nim wzdłuż jej brzucha i schował za jej plecami.
Malfoy nie wierzył własnym oczom. Ten ciapowaty, zakompleksiony do granic możliwości przygłup przystawił swojej kobiecie nóż do pleców. Jeszcze zaraz się okaże, że Neville Longbottom, który jakimś cudem był jeszcze większą niedorajdą niż Weasley, pokona jakiegoś dobrze wyszkolonego śmierciożercę. Świat stawał na głowie.
Ślizgona tylko dziwiło, czemu nikt z Zakonu nie reagował. Przecież ta szlama należała do ich zespołu. Może tak ich zatkało, że synalek wielbiciela mugoli, Artura Weasleya, właśnie opowiedział się po stronie przeciwnika?
— Harry, Hermiona zaczyna się niecierpliwić — powiedział głośno, ale spokojnie rudzielec.
Z nerwowego drgnięcia wciąż trzęsącej się dziewczyny wynikało, że Ronald lekko ukuł ją w plecy.
— Ron, co ty najlepszego wyprawiasz? — szepnęła Ginny, która obserwowała z Malfoyem całe zdarzenie.
Ona też jakoś nie rzuciła się na ratunek najlepszej przyjaciółce.
A Grzmotter dalej wrzeszczał:
— Do jasnej cholery, puszczaj mnie, Hagrid! On ma Hermionę! Nie dociera to do ciebie?!
— Liczę do trzech, a potem zrobię się nieprzyjemny — ostrzegł młody Weasley. — Raz…
— Hagrid, proszę cię, puść mnie, kurwa mać!
— Dwa…
— On jej naprawdę coś zrobi! Nie dociera to do ciebie?!
— Trzy — Ronald skończył swoją wyliczankę i dźgnął nożem Hermionę Granger.


***
(Dzisiaj przestałam być licealistką, a stałam się abiturientką. Nie mam pojęcia, jak się z tym czuć.)
Ja chyba też przeżywam moment kryzysowy. Do wszystkich szczęściarzy, przed którymi matura w następnych latach: tak, wierzcie swoim starszym kolegom. Naprawdę jest DUŻO nauki, a kilka dni przed to już istne szaleństwo. Źle zaczyna być wtedy, kiedy "Dziady" śnią ci się po nocach. A właśnie: jedynym marzeniem maturzysty pod koniec kwietnia jest: "Spać! Spać! SPAAAAĆ!!!".
Dobra, koniec tego użalania się nad sobą. Do rzeczy :D
Jak Wam się podobał rozdział czwarty? ^^ Chyba już wspominałam, że ten i następny - cudna piąteczka *.* - są moim ulubionymi w "Smoczej opowieści" (następny tak ukochany, który już jest napisany, to numer 26, ale do niego jeszcze trochę ;). Jestem z nich MEGA dumna i kocham je miłością czystą i szaleńczą <3
Jak właśnie przeczytaliście, ani Hermionie, ani Draconowi (któremu, bądźmy szczerzy, zupełnie na tym nie zależało) nie udało się zapobiec katastrofie. Choć w sumie, Harry na razie żyje. Jak wiemy z kanonu, któremu na razie "Smocza opowieść" jest całkiem-całkiem wierna, Sami-Wiecie-Kto stracił kolejną różdżkę i nie mógł go zabić. Jest więc się też z czego cieszyć!
BARDZO, BARDZO, BARDZO DZIĘKUJĘ za wszystkie komentarze, obserwowania i wyświetlenia. Komentarze pod rozdziałem trzecim były najlepszymi, jakie kiedykolwiek moje opowiadanie otrzymało. Jestem Wam za nie ogromnie wdzięczna! <3 <3 <3 Nigdy nie spodziewałabym się tak szybko takiego odzewu. Mam nadzieję, że ja i Draco Was nie zawiedziemy i z każdą częścią jeszcze bardziej Wam się będzie podobało.
Na razie znikam. Z góry przepraszam, że nie będę odpowiadała przez jakiś czas na Wasze wiadomości i komentarze. Rozumiecie, siła wyższa.
Rozdział piąty pojawi się już po maturach. Życzcie mi łatwych tematów.
Znaleźć mnie można na Asku i mejlu: martwiala@gmail.com (ale odpowiedzi już po maturach :()
Do zobaczenia!

Copyright © 2017

Autor: Martwiała
Belka: Godło Hogwartu "Nigdy nie łaskocz śpiącego smoka"
Szablon: Martwiała; portret Dracona autorstwa edarlein
Tło wykonałam sama, korzystając z kodów CSS znalezionych na Tajemniczym Ogrodzie, Graphical Thoughts i Land of Grafic.
Słowa na szablonie: Godło Hogwartu "Nigdy nie łaskocz śpiącego smoka" i tytuł opowiadania
Favikona: Ayrton Jordan


Szablon dostosowany do przeglądarki Internet Explorer, Firefox, Google Chrome.


Wszystkie prawa zastrzeżone.

Obserwatorzy