21 VI 2017

Zapraszam do poznania Jonathana Smarta! Kim ten pan może być? ^^

Na Katalogu "Szuflada" Smocza opowieść została wybrana blogiem miesiąca czerwca. Bardzo dziękuję jego administratorce. Sza-ma-nka, to dla mnie i dla Dracona prawdziwy zaszczyt! ^^

środa, 21 czerwca 2017

7. Jonathan Smart

Mojej najlepszej na świecie Mamie

Betowała: Katja



Na dworze lało jak z cebra. Gdzieś w oddali, za lasem nieopodal Nory, raz po raz rozlegały się grzmoty, a niebo przecinały błyskawice. Jednak pokój na pierwszym piętrze należący do Ginevry Weasley zdawał się być o tysiące mil od burzy za oknem. Panował tu spokój i cisza, tylko niekiedy przerywana głuchym odgłosem z zewnątrz. Dla Hermiony Granger nie istniały lepsze warunki do czytania.
W pomieszczeniu pociemniało, kiedy czarne chmury zawisły nad domem, ale przyjemne światło lampy dobrze oświetlało egzemplarz pewnej książki, którą Hermiona nabyła w nie do końca legalny sposób. Starała się nie zastanawiać nad tym, że to jakiś rodzaj kradzieży, tłumacząc sobie, że przecież odda je wszystkie (bo z Hogwartu zabrała jeszcze parę innych tytułów) natychmiast po pokonaniu Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. I tu idealnie potrafiła omijać fakt, że nikt nie wiedział, czy stanie się to za rok, czy może za dziesięć lat.
Dwie blizny, jedna na piersi i brzuchu, druga na plecach, nadal piekły mocno, lecz się nie skarżyła. Harry wraz z państwem Weasley i tak już za bardzo martwili się o nią, mimo nadmiaru trosk. Artur i Molly mieli na głowie ślub, który miał się zapasem odbyć, a jej przyjaciel… on musiał się skupić na swoim Nemezis. W siedemnaste urodziny ledwo mu uciekł.
Hermiona wówczas po raz pierwszy miała szansę zobaczyć Lorda Voldemorta (naprawdę chciała się nie wzdrygać na dźwięk jego imienia) i bez żadnego wahania stwierdzała, że to najgorsza istota, jaką na nieszczęście spotkała.
Trupioblada gładka czaszka jak u węża, brak nosa, pionowe szpary święcące czerwienią zamiast oczu. Widziała go tylko przez ułamek sekundy, ale już nigdy tego nie zapomni.
Rozległo się pukanie i Hermiona odruchowo schowała książkę pod pierzynę. Gdyby tylko pani Weasley dowiedziała się, w czym się zaczytywała…
Dziewczyna odetchnęła z ulgą, kiedy w drzwiach pojawiła się Harry.
— Jak tam mój sobowtór? — zażartował, trzymając tacę z dwoma filiżankami, których zawartość parowała.
Zaczął ją tak nazywać, gdy tylko dowiedział się, że teraz tak jak on też miała blizny.
— Na tyle przytomny, że wie, że jest czarownicą i może używać magii — wskazała podzwaniającą zastawę.
Jeszcze chwila, a chłopak ją upuści.
— Myślałem, że jak nie użyję magii, to docenisz mój wysiłek. Widać byłem w błędzie — zmartwił się na pozór, bo już chwilę później pokazywał ł jej cały swój zgryz.
— Jakbyś dobrze rzucił „Wingardium Leviosa”, doceniłabym podwójnie — odparła, wyciągając spod pierzyny książkę.
Przed Harrym nie musiała się ukrywać.
— No nie! Znowu książki! — krzyknął chłopak, stawiając tacę z filiżankami wypełnionymi gorącą słodzoną herbatą. — Ty nie możesz w spokoju odpoczywać, nawet kiedy ci się każe!
— Od półtora tygodnia nie robię nic, tylko odpoczywam — warknęła na niego, trochę zezłoszczona.
Popatrzył na nią spod byka.
— Przecież czytasz — wskazał na opasłą księgę oprawioną w lekko wyblakłą czarną skórę.
— A ja odpoczywam, czytając — wytłumaczyła tym samym rozzłoszczonym tonem. — Daj lepiej tę herbatę… AŁA! GORĄCE!
Harry zaśmiał się serdecznie, siadając obok niej na łóżku.
— Nie przynosiłbym ci przecież mrożonej herbaty w taki ziąb, nie?
Dziewczyna obrzuciła go wściekłym spojrzeniem, dmuchając w poparzonej opuszki palców. Hermiona w flanelowej piżamie i pod ciepłą kołdrą, bo wciąż nie mogła się zbytnio nadwerężać, spacerowaniem po domu, dopiero teraz pomyślała, że zrobiło się nadzwyczajnie zimno jak na pierwszą połowę sierpnia.
— Dementorzy? — szepnęła, jakby się bała, że te przerażające istoty czają się gdzieś w kątach pokoju, gotowe do ataku.
Chłopak pokiwał głową.
— Tonks mówi, że muszą być niedaleko — powiedział. — Ale Nora znowu jest chroniona mocnymi zaklęciami… no i Aurorzy bez przerwy się tu kręcą — dodał po namyśle, spoglądając przez trochę zakurzone okno.
Przez jakiś czas żadne z nich się nie odzywało, pogrążone we własnych rozmyślaniach. W powietrzu zawisło niedopowiedzenie, które wymówione na głos brzmiałoby jak wyrok: „Na razie jesteśmy bezpieczni”.
— Harry — zaczęła cicho Hermiona — tak sobie ostatnio myślałam…
— Pij, bo wystygnie — chłopak wyrwał się z chwilowego otępienia i ostrożnie podał jej filiżankę z parującym płynem.
Zdawać by się mogło, że w ogóle nie zrozumiał sensu słów Granger.
Dziewczyna objęła palcami przyjemnie ciepłą porcelanę i przystawiła ja do ust. Herbata była idealna, ani za gorąca, ani za zimna, z dokładnie odmierzoną ilością cukry.
Prawie tak dobra, jak ta serwowana przez jej mamę.
— Harry — spróbowała jeszcze raz, próbując uchwycić jego wzrok.
Wzrok chłopaka przez chwilę pozostawał lekko mętny, ale potem Potter uśmiechnął się do niej przyjaźnie i wiedziała, że albo teraz zbierze się na odwagę, albo nigdy.
— Zastanawiałeś się nad Malfoyem? — spytała z duszą na ramieniu.
Ślizgon był tematem, delikatnie mówiąc, drażliwym.
Harry wyraźnie chciał jej odpowiedzieć coś złośliwego na temat arystokraty, ale ona nie dopuściła go do głosu.
— Bo ja tak — rzekła pośpiesznie, odkładając filiżankę na tacę. — Ta sprawa z nim nie daje mi spokoju, przecież mnie uratował, prawda? A za kilka dni jest ślub Billa i Fleur, i nikt, ale to absolutnie nikt spoza Zakonu Feniksa nie może się dowiedzieć, że Malfoy tutaj jest. Mimo że jego ojciec już o tym wie, a skoro i on, to pewnie V-V-Voldemort też… Nie wiem, czy państwo Weasley myśleli nad tym, mają przecież tyle ważnych spraw na głowie… A jeszcze ja sprawiam im problem, zupełnie niezamierzenie, bo, Harry, uważam, że za bardzo się mną wszyscy przejmujecie, przecież ty tu jesteś najważniejszy…
Chyba zaczynała mówić bez sensu, a już na pewno mówiła za szybko, ale po prostu bała się pierwszy raz powiedzieć głośno to wszystko. Już w jej myślach ten plan wydawał się być bardzo niedopracowany, i choć głowiła się nad tym, gdzie znajdowały się luki praktycznie bez przerwy, nie umiała ich znaleźć.
— Hermiono — Gryfon niespodziewanie złapał ją za ręce, w których ściskała mocno kawałek pierzyny. — Spokojnie.
Dziewczyna spojrzał w jego zielone oczy i przełknęła ślinę.
— Weź głęboki oddech i zacznij wszystko od początku, dobrze? — polecił jej chłopak. — Bo, szczerze mówiąc, nic nie zrozumiałem — znowu zaśmiał się.
Odwzajemniła silny uścisk dużych dłoni Harry’ego. Tak bardzo się cieszyła, że ma go przy sobie, że chociaż jego. Nawet jeżeli zaraz miał się na nią porządnie wkurzyć.
— Widzisz, mój sobowtórze — spróbowała trochę rozładować tężejącą atmosferę — zastanawiałam się nad naszym położeniem i przyszedł mi do głowy pewien plan…
*
Chyba was pojebało! pomyślał Draco, ale jako że wiedział, że przeklinanie było domeną Wieprzleya, ograniczył się tylko do poważnego pytania skierowanego do Granger:
— Masz świadomość, że picie alkoholu połączone z tak silnymi eliksirami dostarczanymi tutaj prosto z Munga przez tego biedaka, na którego rzuciliście Imperiusa, jest co najmniej nie wskazana w twoim stanie?
— To był Confundus — syknął z wyraźną wściekłością Potter.
— Przecież nic nie piłam — zaperzyła się dziewczyna.
Malfoy zacmokał z dezaprobatą.
— No tak — przyznał. — Bo ty się zwyczajnie URŻNĘŁAŚ W TRZY DUPY! — nie mógł znaleźć w cenzuralnym języku bardziej trafnego określenia na stan, w którym Granger wymyśliła to… to… ten debilizm, hucznie nazwany przez nią „planem”!
Gdyby nie to, że dziewczyna przytrzymywała Gryfona siedzącego na łóżku obok niej, pewnie by się na Dracona rzucił, ale teraz pozostawało mu tylko wrzasnął wściekle z bordowymi wypiekami na twarzy:
— JAK ŚMIESZ SIĘ TAK DO NIEJ ODZYWAĆ, MALFOY?!
— Coś ostatnio marnie z twoją samokontrolą, Grzmotter — zauważył lekko Ślizgon.
Opierając się nonszalancko o ścianę oblepioną licznymi plakatami, ze średnim zainteresowaniem obserwował złość Pottera i próby uspokojenia go przez dziewczynę. W innych okolicznościach ten uroczy widoczek niezmiernie by go bawił, ale Granger doszczętnie pozbawiła go w tej chwili pokładów dobrego humoru.
— Nie widzisz, że my ci chcemy pomóc? — zapytała Gryfonka, której na moment udało się opanować temperament przyjaciela mruczącego wściekle: „Kto chce, ten chce”.
— Nie, Granger, wcale nie chcesz mi pomóc — rzekł spokojnie Draco. — Pozwól, że wyprowadzę cię z tego jakże wygodnego dla twojego „dobrego serca” błędu. Ty po prostu usiłujesz jak najszybciej pozbyć się długu wdzięczności wobec mnie, który jest dla ciebie wielce niewygodny.
Nie martw się, dla mnie też — dodał w myślach, ale nigdy by jej tego nie powiedział.
Na twarzy dziewczyny pojawiły się delikatne rumieńce.
— Może ty jesteś w stanie dostrzec tylko czubek własnego nosa — odparła wyniośle — ale ja nie jestem aż tak zadufana w sobie.
Draco zaśmiał się zimno i dostrzegł, że przechodzą ją dreszcze.
— Doprawdy? — zakpił. — To po co ten… lekko mówiąc głupi pomysł, co? Nie przynosi ci żadnych korzyści poza tym, że będziemy kwita.
Hermiona popatrzyła na niego z odrazą.
— Bo może, w odróżnieniu od Ślizgonów, MY, pospolici prześladowcy waszej arystokratycznej krwi, mamy serce?
Syk, w który zamienił się jej głos przy końcu pytania, ani trochę nie zrobił na nim wrażenia.
— Zerknij lepiej na rękę Grzmottera — polecił jej, wskazując dłoń chłopaka.
Dziewczyna, zdezorientowana, chyba tylko odruchowo skierowała wzrok w dół.
— „Nie wolno opowiadać kłamstw” — zaszydził Draco.
— SKĄD TY…
— Bliznowaty, nie fikaj, bo Granger na dobre cię zostawi — powiedział Ślizon, do po raz drugi szamoczącego się na łóżku Gryfona. — Już chce zostać moją żoną…
Hermiona nie zdołała dłużej przytrzymać Harry’ego, który w trzech susach znalazł się przy blondynie i przystawił mu różdżkę do gardła. Ten tylko lodowato się zaśmiał.
— Teraz to nawet się nie hamujecie, pokazując swoim zachowaniem, że najchętniej byście mnie spalili na stosie — stwierdził. — Twój Wieprzlej też przystawiał mi różdżkę do gardła, kiedy zobaczyłem, że wychodzi w nocy na spotkania z moimi znajomymi, wiesz?
Jego uśmiech stał się jeszcze większy, gdy dostrzegł zaskoczenie na twarzy Pottera.
Nie bał się, że Gryfon coś mu zrobił. Był od niego niższy o pół stopy, tak że Malfoy patrzył na niego z góry, i mniej umięśniony. Zresztą, po sześciu latach w szkole, a zwłaszcza patrząc na ostatni rok i Obronę Przed Czarną Magią ze Snape’em, wiedział, że chłopak, którego różdżka wbija mu się w tętnicę, nie umie dobrze rzucać zaklęć niewerbalnych, a z czarów obronnych najlepiej wychodzi mu Expeliarmus.
I co z tego, że Sectum Sempra w jego wykonaniu jakimś cudem przypominała poprawnie rzucone zaklęcie? Wtedy w łazience na szóstym piętrze Draco dostrzegł w oczach Gryfona ogromny strach, kiedy ten patrzył na jego krwawiące ciało. Wątpił więc, żeby kiedykolwiek więcej odważył się je wypowiedzieć. Zwłaszcza kierując różdżkę na niego.
— Przestańcie! — Podleciała do nich Granger. — Przestańcie natychmiast!
Próbowała ich rozdzielić, ale była za słaba, za drobna i za niska na dwóch chłopaków, którzy regularnie ćwiczyli na potrzeby gry w quidditcha.
— Harry, natychmiast odłóż różdżkę — rozkazała mocnym tonem.
Potter posłał w jej stronę wściekłe spojrzenie.
— Jak możesz mu chcieć pomóc, Hermiono? — zapytał z niezrozumieniem w głosie.
Nie opuścił jednak różdżki.
— Harry, proszę. — Dziewczyna delikatnie nakryła prawą dłoń przyjaciela swoją drobną ręką i pociągnęła ją w dół.
Potter dał za wygraną.
— A teraz spokojnie wszyscy troje usiądziemy i zaczniemy rozmowę od początku jak cywilizowani ludzie — powiedziała Hermiona, ciągnąc wściekłego i mamroczącego coś pod nosem Gryfona w kierunku łóżka. — No siadaj, Malfoy — zwróciła się do blondyna.
 — Postoję — odpowiedział chłodno, mocniej przywierając do ściany.
Był pewien, że w miejscu, gdzie różdżka Potter dotknęła jego szyi, pozostał zaróżowiony ślad, ponieważ szyja właśnie tam go piekła. Nie próbował jednak ją rozmasować, nie chcąc sprawiać satysfakcji Grzmotterowi z tego, że coś poczuł.
— Jak wiemy, za kilka dni odbędzie się ślub Billa i Fleur — zaczęła od początku Hermiona. — Zjadą się różni goście, a państwo Delacour mają tu zostać na kilka nocy…
— Granger, powtarzasz się — zauważył złośliwie Draco. — Nie ma sensu słuchać tych twoich głupot od początku, skoro znasz moje zdanie — dodał, łapiąc za klamkę z zamiarem wyjścia.
— Malfoy, stój! — krzyknęła dziewczyna.
Zatrzymał się w pół kroku, przeklinając się, że ją słuchał. Odwracając się, dostrzegł, jak Gryfonka pochyla głowę i łapie za lewą stronę brzucha. Głośno westchnęła.
— Hermiona, coś ci jest? — spytał pośpiesznie spanikowany Potter, nachylając się nad nią.
Ma rozharatany cały bok, debilu. Trudno, żeby czuła się idealnie.
— Nie, wszystko w porządku — zapewniła, posyłając mu uspokajający uśmiech.
Nabrała głęboko powietrza jeszcze parę razy, a później powoli zwróciła się do przyjaciela:
— Harry, mógłbyś zostawić mnie i Malfoya samych? — spytała łagodnie.
Potter zmarszczył brwi, lustrując się uważnym spojrzeniem.
— Jesteś pewna…?
— Tak — odpowiedziała pewnie.
Chłopak niechętnie wstał i zerkając przez ramię na przyjaciółkę, podszedł do drzwi.
— Będę na korytarzu — szepnął jadowicie, popychając w rękę Malfoya, który posłał mu szydzące spojrzenie.
Wyszedł z cichym trzaśnięciem.
— To teraz wreszcie możesz usiąść? — zapytała natychmiast Hermiona, gdy tylko zostali we dwójkę w pokoju. — Proszę — dodała spokojnym głosem, wskazując na krzesło obok jej łóżka.
— Nie, Granger — powiedział, siadając na krześle po krótkiej chwili namysłu. — Nie, nie i jeszcze raz nie!
Na dworze wciąż padało, choć burza dawno ustała. W pokoju oświetlonym jedynie przez dwie lampy panował półmrok. Rytmiczne uderzanie deszczu o parapet od przedpołudnia nie ustało nawet na sekundę.
— Mi też ten plan nie do końca odpowiada — przyznała, próbując złapać jego spojrzenie.
Wreszcie się udało. Na bladej wychudzonej twarzy igrały refleksy lampki stojącej na szafce, oświetlając szare oczy.
— I może masz rację — ciągnęła, wbijając w niej wzrok — twierdząc, że chcę nim spłacić swój dług wdzięczności wobec tego, co dla mnie zrobiłeś.
Chciała, żeby wiedział, że mówiła prawdę, pragnąc być z nim tak bardzo szczera jak się tylko da.
— Ale rozmawiałam już o tym z panem Weasleyem. — Czyżby Malfoy był zaskoczony? — I on też doszedł do wniosku, że to lepsze niż zamknięcie cię w pokoju na pół tygodnia. No bo widzisz, nikt z weselników nie może cię zobaczyć.
— Mój ojciec i tak już wie — przypomniał jej chłopak surowym tonem.
— Owszem, ale Ministerstwo Magii oficjalnie nie. I tak ma pozostać najdłużej, jak się da. — Po chwili dodała lekko jadowitym głosem: — Chyba że zamiast do Hogwartu, chcesz trafić do Azkabanu…
Musiała dopiero po chwili zrozumieć sens swoich słów, bo jej oczy się rozszerzyły i zaniemówiła.
Zupełnie niepotrzebnie poczuła pewnie coś w rodzaju zażenowania, ponieważ Draco aż za dobrze wiedział, że grozi mu zamienienie przytulnego pokoju Charliego na zimną celę w więzieniu. Wizengamotowi nie będą potrzebni żadni świadkowie, aby skazać go na dożywocie albo pocałunek dementora. Za koronny dowód posłuży jego lewe ramię.
— J-ja… — zająkała się dziewczyna, spuszczając wzrok.
Okazało się, że to dla niej pierwszej patrzenie na twarz naprzeciw stało się nie do zniesienia.
— Uspokój się, Granger — syknął Draco, widząc jak miętosi w chudych palcach pierzynę. — Wiem, co nade mną wisi.
— Przepraszam — powiedziała cicho. — Nie powinnam…
— Zamknij się — przerwał jej ostro.
Nie potrzebował jej zakłopotania czy jakichkolwiek innych odczuć względem niego.
— Mieliśmy porozmawiać o Jonathanie Smarcie, prawda? — przypomniał nie tak lodowatym tonem jak wcześniej.
Granger ścisnęła mocniej wygniecioną poszwę i znowu na niego spojrzała.
— No tak — przyznała. — Sądzę, że to najlepsza z możliwych opcji… chociaż tak, wiem, że ci się nie podoba.
— Skąd ci się wziął taki pomysł, co? — Draco zadał pytanie, które nurtowało go od chwili, kiedy usłyszał, co dziewczyna zamierzać z nim zrobić.
Z błąkającym się na cienkich ustach uśmiechem obserwował pąsowiejącą Granger. Ciemne rumieńce wykwitły na policzkach, dodając im wreszcie koloru. Teraz nikt nie pomyślałby, że tydzień temu walczyła o życie.
— O którą część planu ci dokładnie chodzi? — spytała, ale twarz z każdą chwilą przybierająca bardziej odcień purpury upewnił go, że tylko przeciągała czas na odpowiedź.
— Nie udawaj, dobrze wiesz.
— Cóż… — Potarła czoło i zmarszczyła brwi. — Będąc w otoczeniu Harry’ego, człowiek automatycznie staje się rozpoznawalny. Podejrzewam, że większość osób, które pojawią się na weselu, wie, że nie mam żadnego rodzeństwa…
— Do rzeczy, bo na razie nie widzę związku — ponaglił ją, nie potrafiąc zdecydować, czy patrzenie na to, jak się męczy, czy chęć usłyszenia prawdziwego powodu bardziej napełnia go satysfakcją.
— Myślisz, że nie dostrzegam, jak się napawasz moim widokiem? — dogryzła mu zakłopotana dziewczyna.
— Nie twoim, Granger, tylko tym, jak się zachowujesz — zaznaczył oschle.
— No dobra, niech ci będzie — ustąpiła, wzdychając. — Już ci wspominałam, że zamknięcie cię w pokoju byłoby… dość… ehmm… ryzykowne? Musisz coś przecież jeść i wychodzić do łazienki, a ktoś mógłby cię zauważyć. Nie mógłbyś też udawać, że należysz do rodziny Weasleyów, bo nie uda mi się aż tak bardzo zmienić ci rysów twarzy, a przecież jesteś uczulony na rdest ptasi, więc Eliksir Wielosokowy automatycznie odpada…
— Skąd, na Salazara, wiesz, że jestem uczulony na rdest ptasi?! — nawet nie próbował ukryć swojego zdziwienia.
Czyżby Zakon Feniksa niepostrzeżenie rzucił na niego wszelkie możliwe zaklęcia rozpoznające, kiedy spał, żeby wszystkiego się o nim dowiedzieć?
Granger znowu spuściła wzrok.
— No… Zauważyłam na Balu Bożonarodzeniowym, że nie pijesz miodu — mruknęła pod nosem. — I słyszałam, jak Zabini cię żałował. A później, kiedy na Eliksirach profesor Snape pokazał nam rośliny przydatne do podstawowych mikstur, ty wyglądałeś jakoś niewyraźnie. Doszłam do wniosku, że musisz źle reagować właśnie na rdest ptasi.
Gdyby miał do niej inne podejście, byłyby zdumiony jej dedukcją. Ale teraz go tylko zirytowała.
— Znowu odbiegamy od tematu.
— Chciałeś wiedzieć… — zauważyła, lecz natychmiast urwała, czując jego zezłoszczony wzrok na sobie. — Państwo Delacour przyjeżdżają już pojutrze, więc prawdopodobnie zabraknie nam czasu, żeby wymyślić coś lepszego.
Między nimi zapadła na moment cisza. Draco coraz mniej cierpliwie czekał, aż Granger wreszcie odpowie na jego pytanie. Deszcz bezustannie bębnił w parapety i nawet przez brudne oka potrafił stwierdzić, że ciemne chmury nadal wisiały nisko nad domem i nic nie zapowiadało, by w najbliższym czasie się to zmieniło.
— To, co powiedziałeś swojemu ojcu… — podjęła, wahając się. — To pierwsze, co przyszło mi do głowy… Sama nie wiem, czemu… Bo niby dlaczego nie?... — Szukała odpowiedzi w jego twarzy, ale Malfoy dobrze postarał się, żeby jej nie znalazła, toteż zdecydowała się dodać coś jeszcze: — Zakon Feniksa na pewno się zgodzi, bo obrączki zostaną zaczarowane tak, że nie będziesz mógł się za bardzo ode mnie oddalić… Jako Jonathan Smart mógłbyś nareszcie opuścić Norę, może nawet wybrać się na Pokątną…
Coś błysnęło w szarych oczach i Hermiona dałaby głowę, że światło lampki nocnej tego nie spowodowało.
— A jeśli wywinę ci jakiś numer? — zapytał opanowanym głosem Draco. — Jak dobrze zrozumiałem, będziesz za mnie odpowiedzialna. Chcesz tego? Jestem śmierciożercą.
Dziewczyna drgnęła. Przeniosła wzrok z pociągłej bladej twarzy na jego lewe ramię i z powrotem, ignorując gorzki uśmiech chłopaka. A potem wzruszyła ramionami i odezwała się tak beztroskim tonem, jakby byli dobrymi znajomymi omawiającymi nawzajem swoje błahe wady takiej jak lenistwo na kawie w dobrym pubie, jakby nie nazywała się Granger:
— Ty masz chyba jakiś kompleks na temat tego średnio gustownego tatuażu, Malfoy, doprawdy — prychnęła. — Choćby nie wiadomo co się stało, dla mnie już na zawsze pozostaniesz aroganckim Ślizgonem z klasy. I chyba nie sądzisz, że kiedykolwiek się bałam ciebie albo twoich wyskoków, nie?
Draco zdębiał. Trudno było określić, czego się spodziewał, przypominając jej, że jest śmierciożercą, ale… Ale na pewno nie tego, że teraz zacznie się histerycznie śmiać.
Tymczasem Hermiona pokładała się na łóżku ze śmiechu. Śmiała się tak głośno, że nie minęła chwila, a do pokoju wpadł Potter z wyrazem furii na twarzy.
— COŚ TY JEJ ZROBIŁ?! — ryknął na cały głos, podbiegając do niego i brutalnie chwytając za koszulę.
— Łapy przy sobie, ty jeb…
— Ha-Harry, zo-zostaw g-go — wykrztusiła dziewczyna ze łzami w oczach. 
— Hermiona, co się stało? — krzyknął Potter, rzucając się do przyjaciółki.
Dziewczyna nie była w stanie opanować kolejnego ataku śmiechu. Malfoy, kompletnie ogłupiały, poprawiając koszulę, patrzył na nich jak na idiotów.
Nagle w drzwiach pojawiło się kilka osób. Weasleyowie zapewne usłyszeli wrzaski na pierwszym piętrze i przybiegli sprawdzić, co się dzieje. Bliźniacy nawet trzymali w rękach różdżki, gotowi do odparcia ataku.
— Co tu się dzieje? — spytał zaniepokojony Artur, omiatając badawczym spojrzeniem całe pomieszczenie.
Draco wciąż siedział na krześle przy łóżku, Harry klękał obok, a Hermiona śmiała się do rozpuku i dopiero po minucie była w stanie odpowiedzieć.
— Przepraszamy, pa-panie Weasley — zachłysnęła się jeszcze raz śmiechem. — Malfoy, prawdopodobnie nieopacznie, bardzo mnie rozśmieszył. — Wytarła mokre ślady po policzkach.
— Draco? — Artur zwrócił się do chłopaka, tak samo skołowany jak pozostali.
— Granger odbiło — rzekł krótko, zirytowany do granic możliwości, podrywając się z krzesła.
— Co…? — wyjąkał oszołomiony Potter.
Dziewczyna po raz drugi spróbowała się opanować.
— Wybacz, Malfoy, ale jeszcze nigdy nie widział cię takiego zdumionego — wyznała Ślizgonowi i ponownie zaśmiała się w głos, opadając na wielką poduszkę.
Pan Weasley potarł czoło.
— No tak — powiedział pod nosem, walcząc z cisnącym się na usta uśmiechem.
Wariatka — pomyślał Draco. Totalna kretynka.
— Niedobrze z tobą, Malfoy — odezwała się Ginny, kiedy się obok niej przeciskał. — Zaczynasz zamieniać się w człowieka. Jak ty to przeżyjesz?
— Ginny — skarcił córkę Artur.
Ale Draco był już na korytarzu. Właśnie wbiegał na pierwszy stopień schodów, gdy dosłyszał krzyk Granger:
— Malfoy, to się zgadzasz?
Westchnął ciężko, zatrzymując się w pół kroku. Prawie zapomniał, jak wygląda świat na zewnątrz. A perspektywa poczucia świeżego powietrza, zobaczenia kogoś innego niż rudzielców i zgubnej ułudy wolności tak bardzo kusiła. Nawet jeżeli cena dla jego arystokratycznego „ja” była zdecydowanie za wysoka.
— Niech cię cholera weźmie, Granger — szepnął pod nosem, a głośno odkrzyknął: — Tak!
Słyszał jej radosny rechot nawet po trzaśnięciu drzwiami swojej klitki na trzecim piętrze.
*
— Gotowe — poinformowała zadowolona Hermiona. — Zerknij w lustro… Jonathan — dodała z delikatnym uśmieszkiem.
Jej nastrój wskazywał na to, że nie wyglądał aż tak źle, ale on sam doskonale wiedział, że po prostu nie mógł wyglądać „dobrze”. To nie było możliwe, jeżeli nie przypominał siebie.
Granger męczyła się nad nim ponad godzinę, mrucząc pod nosem zaklęcia najrozmaitszej maści. Na koniec wręczyła mu okulary w prostokątnych oprawkach, a on posłał jej rozłoszczone spojrzenie „Będę wyglądał jak Grzmotter”, na co tylko się uśmiechnęła.
Ostrożnie podszedł do wyczarowanego specjalnie na tę okazję dużego lustra, w którym mógł się cały przejrzeć. Spojrzał w nie, czując lekki za to wielce nieprzyjemny uścisk w żołądku, a potem z szokiem stwierdził, że naprawdę wpatruje się w Jonathana Smarta. Dracon Lucjusz Malfoy praktycznie zniknął.
Mężczyzna naprzeciwko niego był wysoki i postawny, zgodnie z tym, co powiedziała Granger — „Nie zamierzam zmieniać twojej sylwetki, ponieważ jest idealna… dla Jonathana, Malfoy”. Ale reszta w ogóle nie należała do Draco. Miał długie ciemnobrązowe włosy zebrane z tyłu głowy czarną jedwabną wstążką, zielone oczy, większy nos i bardziej miękkie rysy twarzy. Na jego gust z tymi okularami wyglądał jak intelektualista, nie jak szanowany amerykański arystokrata.
— Z tym — wskazał na prostokątne oprawki — wyglądam jak idiota.
— Bzdury! — zaprzeczyła żywo Granger. — Wykręcasz się, bo Harry też nosi okulary, ale zrozum, że bez nich trochę przypominasz siebie. Są więc niezbędne.
Draco prychnął.
— I jak ci się podoba twój MĄŻ? — spytał z sarkazmem, poprawiając durne okulary.
Gdyby ktoś mu przed rokiem powiedział, że znajdzie się w tak idiotycznej sytuacji, rzuciłby na niego Cruciatusa za samo łączenie go ze mugolaczką. Naprawdę zaczynał się zastanawiać, czy jego życie kiedykolwiek wróci do normy (zakładając, że kiedyś jednak było normalne).
— Zawsze wiedziałam, że mam dobry gust — odpowiedziała z dumą Hermiona, lustrując go wzrokiem od stóp do głów.
Prychnął.
— To kiedy przyjadą rodzice Delacour? — Znowu poprawił okulary.
Granger powoli wstała z krzesła, obejmując się za lewy bok, wciąż ukryty pod masą bandaży. Stanęła między nim a lustrem. Draco pomyślał, że jest śmiesznie mała przy jego sześciu stopach i pięciu calach wysokości.
— Oj, zostaw je — nakazała Granger, bijąc go lekko po rękach, na co zareagował ponownym prychnięciem. — Mają być jutro… Ale czarów i tak z ciebie nie zdejmę — zastrzegła po chwili. — Za dużo zachodu.
— Mam jeszcze jeden dzień dłużej udawać tego durnowatego Smarta?! — oburzył się Draco.
Dziewczyna wyjaśniła mu, że Smartowie to bardzo szanowana i ceniona amerykańska rodzina arystokratów, których ostatni członek umarł bezpotomnie w latach sześćdziesiątych, ale swego czasu chodziły plotki, że miał nieślubnego syna. Jonathan Smart miał być jego dzieckiem. Ale nawet to nie przekonało go do jego postaci.
— Nie, nie masz go udawać — wyprowadziła z błędu, jakby tłumaczyła dziecku, że widzi hipogryfa a nie jednorożca. — Masz nim być.

***
To rozdział wyjątkowy z kilku powodów. Po pierwsze: jest dedykowany mojej cudownej i wspaniałej Mamie w dniu jej urodzin. Muszę Wam wyznać, że moja Mama przez bardzo długi czas nie brała na poważnie mojego pisania, a teraz o, siedzi na fotelu i czyta mój tekst. I zaakceptowała to, co robię, choć wymarzyła sobie dla mnie inną karierę. Bardzo Jej za to jestem wdzięczna i każdemu z całego serca życzę takich wspaniałych rodziców, jaką ja mam Mamę! 💕
Po drugie: rozdział siódmy był najdłużej pisanym rozdziałem w "Smoczej opowieści" i drugim pod tym względem w mojej karierze. Od napisania pierwszego zdania do postawanie ostatniej kropki minęły dwa lata. Naprawdę. Rozdziały, które do tej pory Wam przedstawiałam, były z 2014 roku. Ten ukończyłam w lipcu zeszłego roku. Jak Wam się podoba? Potraficie odgadnąć, w którym momencie wróciłam do naszych bohaterów? ^^
Po trzecie: to pierwszy dzień lata, czyli najbardziej owocnego dla mnie czasu do pisania. Mam nadzieję, że Was to cieszy :D
Zastanawiam się, co jeszcze zamierzałam Wam przekazać... Hmm, chyba tylko zachęcić wszystkich tych, którzy chcą, do zadawania mi pytań na Asku i kontaktu przez mój mejl: martwiala@gmail.com
Dziękuję Wam za wszystkie Wasze komentarze i wiadomości. Jesteście po prostu najlepsi! 💕💕💕
Pozdrawiam wszystkich gorąco!



Copyright © 2017

Autor: Martwiała
Belka: Godło Hogwartu "Nigdy nie łaskocz śpiącego smoka"
Szablon: Martwiała; portret Dracona autorstwa edarlein
Tło wykonałam sama, korzystając z kodów CSS znalezionych na Tajemniczym Ogrodzie, Graphical Thoughts i Land of Grafic.
Słowa na szablonie: Godło Hogwartu "Nigdy nie łaskocz śpiącego smoka" i tytuł opowiadania
Favikona: Ayrton Jordan


Szablon dostosowany do przeglądarki Internet Explorer, Firefox, Google Chrome.


Wszystkie prawa zastrzeżone.

Obserwatorzy