1 X 2017

Już październik. Merlinie, jak ten czas leci!
Częstotliwość rozdziałów niestety się zmniejszy, za co bardzo przepraszam :( Na razie wrażenia ze studiów są takie sobie i z tego powodu także mi jest przykro.
Wam natomiast życzę pięknej jesieni i wszystkiego najlepszego! ^^


Bardzo dziękuję za Wasze wszystkie wiadomości i komentarze! Jesteście cudowni!


niedziela, 1 października 2017

13. Ból

To było, jak najkoszmarniejsze déjà vu. Ta sama kanapa z trzaskiem zmieniająca się w tapczan. Te same ślady krwi na wypolerowanej podłodze. Ten sam chaos, jaki zapanował wokoło. To samo obezwładniające przerażenie. I dziewczyna płacąca najwyższą cenę za zachowanie Dracona.
Bo to była wina Dracona.
Jak mógł okazać się takim głupcem? To, co się działo z Astorią, do tej pory zupełnie go nie obchodził. Pomimo tego, że była jego narzeczoną, nie znał jej. Rozmawiał z nią dwa razy: podczas pierwszego spotkania w Dworze Malfoyów, a następnie w dniu zaręczyn. Przez większość czasu wypierał ze świadomości, że ona istnieje. Na szkolnych korytarzach albo w Pokoju Wspólnym Slytherinu nie zwracał na nią uwagi. Nie prosił się o małżeństwo w wieku siedemnastu lat, ale Lucjusz siedział w Azkabanie i na Draco spadły obowiązki głowy rodu. Zarządzanie domem i opieka nad Narcyzą, ale także zajęcie miejsca ojca w szeregach śmierciożerców i zapewnienie ciągłości nazwiska. Wieczorem powiedział Potterowi i Granger, że Malfoyowie i Greengrassowie zawarli umowę. Nie dopowiedział jednak, że w pierwszej wersji ślub planowany był na pięć lat po zakończeniu przez Astorię Hogwartu. Przeklęta wojna wszystko przyśpieszyła.
— Wezwaliśmy już nasze nowe nabytki — poinformował ktoś.  — Lepiej, żeby byli tak dobrymi magomedykami, jak mówiła Minerwa.
— Astoria… — jęknął Harry z zamiarem podbiegnięcia do zbrukanego ciała dziewczyny.
Powstrzymał go Remus Lupin. Harry wyrywał się i krzyczał, a otępiały Draco nie potrafił się ruszyć.
Astoria podzieliła los innych kobiet zdrajców. Aż za dobrze wiedział, co ją spotkało. Zaraz po powrocie Czarnego Pana jeden z jego wiernych w latach siedemdziesiątych sług zdezerterował i ukrył się poza granicami kraju. Śmierciożercy dorwali jego żonę i dwie córki. Wystarczyły trzy miesiące, żeby nie było, czego chować. Wytrzymałyby pewnie mniej, gdyby nie eliksiry Severusa Snape’a.
— Dracon — usłyszał szept.
Całą siłą woli zmusił się do przekręcenia głowy. Hermiona patrzyła na niego, przestraszona kredowobiałą twarzą i stalowymi oczami, w których dostrzegła coś, czego w oczach Draco nigdy wcześniej nie widziała.
Draco niespodziewanie pociągnął ją za rękę. Hermiona pisnęła zaskoczona, a w następnej chwili poczuła, jak różdżka wysuwa się z rękawa błękitnej bluzki. Nim zdążyłaby zareagować, drzwi od kuchni otworzyły się z impetem.
Co chciał zrobić, wyrywając jej różdżkę? Nie znał odpowiedzi na to pytanie. Może rozwalić świat, może tylko się zabić. Nie wierzył, że Astoria przeżyje. Takie historie nigdy nie kończyły się szczęśliwie.
Wszystko przez niego.
Zatrzymał się pośrodku ogródku Weasleyów, tam, gdzie dwa tygodnie wcześniej padł na ziemię rażony zaklęciem Cruciatus. Jednym machnięciem różdżki rozwalił pół murku. Odwrócony tyłem do Nory, ciskał zaklęciami na oślep. Podpalił drzewko, zrobił wyrwę w ziemi, potem kolejną i kolejną. Z drewnianych skrzynek nie zostało nic, podobnie, jak ze stosu śmieci pozostałych po weselu.
Nagle lunęło. Ściana deszczu spadła na ziemię w momencie, w którym Dracon wrzasnął na całe gardło z bólu.
Narcyza w jego szóste urodziny i mnóstwo razy później, Hermiona w urodziny Pottera, Astoria, gdy on siedział bezpiecznie w Norze i narzekał na rzężącą prycz. A oprócz nich setki innych dziewczyn, którym robił to samo, co zrobiono Astorii. Gwałcił jej i okrutnie torturował, bawiąc się w najlepsze.
Był potworem. Powinien zdechnąć w męczarniach.
Rzucał się po ogródku, krzycząc formuły zaklęć i demolując obejście. Gdzieś na horyzoncie pojawiły się pierwsze błyskawice.
— Draco! — przebiło się przez szum deszczu.
To była Hermiona. Stała w przemoczonych ubraniach przyklejonych do drobnego ciała, widać było bandaże, które założył jej po kolacji. Drżała z zimna i strachu, w jej oczach lśniły łzy. Czy miała świadomość, że gdyby na Wieży Astronomicznej nie stchórzył, to ona znalazłaby się na miejscu Astorii?
Opadł na kolana i cisnął różdżkę daleko poza zasięg rąk. Hermiona podeszła do niego szybkim krokiem, ślizgając się po błocie, i schyliła się, przyciągając do siebie. Draco ponownie ryknął z bólu i zaczął płakać.
— Draco, to nie jest twoja wina — szeptała Hermiona ze ściśniętym gardłem, kołysząc go w swoich ramionach. — To nie ty jej to zrobiłeś, rozumiesz? Bez względu na to, co myślisz, ja wiem, że jesteś dobrym człowiekiem.
Czuł się złamany. To, co przeżył i zrobił w życiu, złamałoby każdego.
— Popatrz na mnie — nakazała Hermiona, unosząc jego twarzy. — Nie. Jesteś. Zły. — Łzy popłynęły po jej policzkach. — Jesteś dobrym człowiekiem, wiem to. Jestem Hermioną Granger, więc wiem wszystko — powiedziała z mocą, przytrzymując jego brodę i odnajdując jego wzrok. — Jesteś dobrym człowiekiem. — Przytuliła go do siebie.
Siedzieli w błocie, doszczętnie przemoczeni. Deszcz miał nie ustać do rana.
*
— To był Macnair? — zapytał Artur.
Minęła czwarta, ale jeszcze nie świtało. Ulewa wzmogła się około trzeciej i dopiero co ustała. Nie tak jak po standardowej akcji grupa członków Zakonu, którzy weszli do domu Macnaira, pozostała w Norze. Nikt nie był w stanie otrząsnąć się z szoku. Mieli już do czynienia z podobnie wyglądającymi ofiara popleczników Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, ale Astoria Greengrass była arystokratką. Dotychczas do Zakonu docierały zaledwie plotki na temat kar wymierzanych bliskim zdrajcom. Śmierciożercy wyznawali złotą zasadę „Wszystko zostaje w rodzinie” i zacierali ślady.
— Nie — zaprzeczył Remus. — Macnair zeznał, że ją wypożyczył.
— Od kogo? — zadała pytanie Molly, ściskając w rękach rąbek spódnicy.
— Nie powiedział — odrzekł Kingsley. — Napisałem do Scrimgeoura. Jako Minister Magii musi wyrazić zgodę na Veritaserum. Na szczęście atak na Ministerstwo Magii trochę go otrzeźwił. Nie zapytał mnie nawet o Zakon.
— Uratowałeś mu życie — przypomniał Fred.
Kingsley uśmiechnął się smutno pod nosem.
— Przypadkowo. Jeśli umiałby zapanować nad sytuacją, nie doszłoby do tego.
— Dobrze, że złapaliście Macnaira — odezwała się profesor McGonagall, która została wezwana zaraz po tym, jak Harry i Ginny potwierdzili tożsamość dziewczyny. — Nie mogę uwierzyć, że to panna Greengrass.
— Uczyłaś ją, nie? — zapytał Dorian, pociągając zdrowo z butelki Ognistej Whiskey. Jego pogardliwy ton głosu zniknął.
— Tak — pokiwała głową Minerwa. — Grzeczna, uprzejma, zawsze uśmiechnięta, jedna z lepszych uczennic w Hogwarcie. Transmutacja nie była jej ulubionym przedmiotem, ale nigdy jej nie lekceważyła. Uwielbiała Zaklęcia i zawsze miała z nich Wybitny. Filius chwalił ją bez przerwy.
— Biedne dziecko — wyszeptała Molly.
— Dlaczego Malfoy nam o niej nie powiedział? — zapytał George. Chociaż się umył i przebrał, wyczuwał zapach krwi Astorii i ciężar jej wychudłego ciała na rękach.
— Pewnie zapomniał — prychnął pod nosem Dorian. Opróżnił butelkę alkoholu w rekordowo krótkim czasie.
— O ich zaręczynach wiedziały tylko rodziny — rzekł Kingsley. — Sprawdziłem w aktach ministerstwa.
— Pierdoleni arystokraci i ich jebane zwyczaje — mruknął Dorian.
Rodziny arystokratyczne czuły się w obowiązku powiadamiać ministra z najmniejszymi szczegółami o ich planach matrymonialnych. Przykuci do tradycji jak dementorzy w dobrych czasach do Azkabanu nie rwali się do odrzucenia zwyczajów Prawa Merlina.
 — Nie wzięli nawet świadków — kontynuował Kingsley. — Ludwik Greengrass ubezpieczył się na wszelki wypadek…
— Nie podziałało — wtrącił Dorian.
— Ludwik zapewne zamierzał zawiadomić innych dopiero po ślubie, gdy Astoria stałaby się w miarę bezpieczna… podobno porywanie cudzych narzeczonych dalej funkcjonuje w niższych warstwach arystokracji… A młody Malfoy musiał uważać, że skoro nikt nie wie, że mieli wziąć ślub, nic jej nie groziło — dokończył Kingsley.
— To był Lucjusz — rzekł poważnie Artur. — Lucjusz pochwalił się wszystkim, że Astoria miała zostać jego synową.
— Uważasz, tato, że byłby zdolny… — zawiesił głos Fred.
Należał do Zakonu Feniksa od roku i zobaczył już niejedno, ale ciało Astorii Greengrass było zdecydowanie najbardziej przerażającym widokiem w jego życiu.
— Nigdy nie spotkałem człowieka, który byłby tak przesiąknięty złem, jak Lucjusz Malfoy — odpowiedział dobitnie Artur.
Na moment zapadła cisza. Potem George zapytał:
— Co mogło się stać z jej rodzicami? Żadnych ciał nie znaleźliśmy…
Członkowie Zakonu popatrzyli po sobie ponuro. Żadne z nich nie było w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Pozostawały domysły.
— Niech Merlin ma nad nimi litość — szepnęła trwożnie Molly.
*
— Odbiliście ją w samą porę. Znaleźliśmy ślady krwotoku wewnętrznego, a wczoraj musiała dostać kolejny. Godzina więcej i by nie żyła.
Dwoje magomedyków, poczęstowanych przez pana Weasleya Ognistą Whiskey, siedziało na wyczyszczonej już kanapie w salonie. Kobieta, mała, drobna, z długimi do pasa blond włosami i mężczyzna, szczupły, średniego wzrostu i z brązowymi nastroszonymi włosami, które przypominały włosy Harry’ego Pottera, byli najnowszymi nabytkami Zakonu Feniksa. Draco przypatrywał się im z głuchym otępieniem, a w jego głowie majaczyło, że przypominają mu kogoś. Ciepło ciała Hermiony zajmującej krzesło obok, wywoływało nieprzyjemne dreszcze. Jakim cudem z własnej woli chciała jeszcze być tak blisko niego?
Część Zakonu, która została w Norze, wyczekiwała z napięciem tego, co powiedzą magomedycy.
— Panna Greengrass ma liczne obrażenia wewnętrzne — ciągnęła monotonnym służbowym głosem magomedyczka. — Śledzionę, sporą część wątroby i połowę płuca musieliśmy usunąć. Do tego większość narządów nie funkcjonuje tak, jak należy. Zmasakrowali jej podbrzusze. Zrekonstruowaliśmy część jelita grubego, ale macica z pochwą zostały wyrwane…
 Pani Weasley pisnęła, ale magomedyczka to zignorowała:
— … więc będziemy musieli czekać, aż stan dziewczyny się poprawi i wtedy ewentualnie podjąć próby rekonstrukcji. Podobnie ma się sprawa z jej piersiami i prawym udem. Nie miało w ogóle mięśni. Dodatkowo wiele złamać i zwichnięć, ale z nimi poradziliśmy sobie bez problemu.
— Wprowadziliśmy ją w stan śpiączki — odezwał się magomedyk. — Jej organizm, co oczywiste, potrzebuje regeneracji. Obudzi się za jakieś trzy dni. Oczywiście, będziemy na zmianę z Anną — tu porozumiewawczo kiwnął głową kobiecie — fiukali do Nory.
— Co z Luną? — zapytała matowym głosem Ginny.
— Z panną Lovegood jest o wiele lepiej — odpowiedziała Anna. — Poza potrójnym złamaniem z przemieszczeniem prawej ręki, siniakach, dobrych otarciach i zadrapaniach w okolicach krocza, nic jej nie dolega. Podaliśmy jej eliksiry regenerujące i wzmacniające. Powinna obudzić się koło południa. Może przez jakiś czas krwawić z macicy, ale to też eliksir. Wolałam nie ryzykować, że zajdzie w ciążę.
Harry, który do tej pory obijał się od ściany do ściany z wyrazem mordu na twarzy, uderzył pięścią w kominek.
— I mówi pani o tym z takim spokojem?! — krzyknął do kobiety.
— To moja praca — Anna się nawet nie obruszyła. — Trwa wojna, panie Potter. Jak pan myśli, ile już takich dziewczyn i chłopców widziałam?
— To nie sprawia, że może zachowywać się pani jak zimna suka!
— Harry, nie obrażaj Anny — zareagował pan Weasley. — Nikt poza śmierciożercami nie jest odpowiedzialny za to, co spotkało Lunę i Astorię.
— Właśnie! — podjął Harry. — Śmierciożercy są temu winni! Śmierciożercy! A Zakon co robi?! Trzyma śmierciożercę w swojej Kwaterze Głównej!
Draco nie poruszył się ani o milimetr.
— Słyszałem, co mówił Kingsley! — zawołał Potter. — To przez niego skrzywdzili Astorię! Za jego tchórzostwo zapłaciła ona!
— Upraszczasz, Harry — zganił go Remus. — Draco nie miał żadnego wpływu…
— Powinnien zgnić w lochach Azkabanu tak jak jego ojczulek! — krzyknął Harry.
Na wzmiankę o Lucjuszu Draco poderwał się z fotela. W pierwszej chwili myśli w jego głowie się zakotłowały, a on nie zapomniał, co zamierzał zrobić. Potem pobiegł na trzecie piętro, ale przy drzwiach zmienił zdanie. Zbiegł dwa piętra niżej, słysząc krzyki w salonie, i otworzył drzwi do pokoju Ginny Weasley, zanim zawahał się, czy ma prawo.
Leżała w białej pościeli, ubrana w świeżą piżamę Ginny Weasley, która wydawała się o pięć rozmiarów za duża.  Była tak wychudzona, że kości policzkowe w każdej chwili mogły przebić cieniutką jak pergamin, przeźroczystą skórę.
— Wchodź — rzekła Tonks, która czuwała przy łóżku dziewczyny.
Wróciła do Nory zaraz po tym, ja Patronus Remusa pojawił się w domu jej rodziców.
Draco niepewnie przekroczył próg. W klitce, którą Ginny nazywała swoim pokojem, stały dwa łóżka (drugie wyczarowane specjalnie dla Hermiony), jedno po prawej stronie, a drugie pod oknem. Dracona zaskoczył spokój, jaki go tu ogarnął. Nie potrafiłby znaleźć lepszego określenia na opisanie go niż „martwy”, ale mimo to był kojący.
— Trzeba jej podawać co kilka godzin eliksiry — wyjaśniła Tonks. — Poza tym ktoś zawsze powinien tu być na wypadek, gdyby wcześniej wybudziła się ze śpiączki.
Oparł się plecami o ścianę i zsunął na podłogę.
— Jeśli jesteś zmęczona, idź — rzekł wypranym głosem. — Zostanę przy niej.
Tonks przyjrzała mu się badawczo. Młody Malfoy miał puste oczy i ślady po łzach na trupiobladych policzkach.
— To nie jest twoja wina — powtórzyła za Hermioną.
Chłopak nie odpowiedział. Wpatrzył się w punkt przed sobą z kamienną twarzą.
Tonks została w pokoju do szóstej. Potem przyszła Anna, rzuciła kilkanaście zaklęć diagnostycznych i oznajmiła Draconowi, że eliksiry zaczynają działać i połamane kości Astorii już się całkowicie zrosły.
Znowu siedział przy ścianie, tak jak siedział, gdy Hermiona leżała niedawno nieprzytomna z rozharatanym bokiem. W tym samym pokoju, na tym samym miejscu. Gwenog Jones wciąż kusząco wypinała piersi przelatując na miotle z jednego plakatu na drugi. Nad ranem miał nadzieję, że śni mu się koszmar. Było za dużo podobieństw między zdarzeniami sprzed dwóch tygodni, a tymi z minionej nocy, żeby nie istniało prawdopodobieństwo, że to senne wyobrażenie. Ale wraz z ustaniem deszczu przyszło oprzytomnienie. Znowu.
Astoria oddychała miarowo, czasami tylko z jej gardła wyrywał się rzężący jęk, powodując, że Draco drgał i z napięciem obserwował ją przez minutę czy dwie. Potem jednak na powrót jej oddech stawał się w miarę normalny.
Draco starał się przypomnieć sobie ich rozmowy. Zadawał jej chłodne, niemalże służbowe pytania, a ona uprzejmie odpowiadała, wciąż poprawiając za duże pierścionki rodowe. Bała się go. Widział to w jej oczach. Podobało mu się to. Patrzyła na niego jak na okrutnego śmierciożercę. Wiedziała, że nim jest.
Była drobna i piękna. Miała ciemnobrązowe lśniące włosy i błękitne oczy. Zajmując miejsce naprzeciw Dracona przy stole w jadalni Malfoyów, uśmiechała się niepewnie, z pewnością przerażona, że inny gest mógłby zostać źle odebrany. Była tak różna od otwartej i prawie bezczelnej Dafne, która na salonach czuła się jak ryba w wodzie. Ona wolała bibliotekę, Dział Zaklęć. Blaise wielokrotnie wspominał, że ją tam widuje. 
Jej ojciec nie był śmierciożercą, choć nigdy też nie odważył się otwarcie poprzeć Dumbledore’a. Za wiele miał do stracenia.
Na dole rozległy się dźwięki mówiące, że Zakon powoli opuszcza Norę.
Draco zadumał się nad stanem przygotowań do ich ślubu. Narcyza planowała rozesłać zaproszenia na początku sierpnia. Ślub dwudziestego. Podróż poślubna do pałacu pradziadka Brutusa w Walii. Szaleńcze tempo, byle tylko Astoria wróciła do Hogwartu z nazwiskiem Malfoy. Hogwart bez Dumbledore’a i z Ministerstwem podporządkowanym Czarnemu Panu miał się stać niebezpieczny. Z jego nazwiskiem, które stałoby się wielkie po zabiciu Dumbledore’a, nic by jej nie groziło.
Musiała już mieć sukienkę. Może przymierzała ją, gdy jej siostra rozkładała przed nim nogi? Ich małżeństwo miało być takie samo jak małżeństwo Lucjusza i Narcyzy. Czysta umowa pomiędzy dwójką ludzi, nieprzewidująca czegoś tak trywialnego jak przyjaźń, zaufanie czy, Salazarze, miłość. Jedynie względny szacunek mieścił się w jej ramach.
Draco w szkole nie rozumiał Blaise’a Zabiniego, który myśląc, że jego przyjaciel jest na tyle nachlany, że niczego nie zapamięta, przebąkiwał o tym, że jemu nikt życia nie będzie układał, sam będzie nim rządził, a jak mu się spodoba, to nawet będzie udawał mugola. On nie dramatyzował tak, jak Blaise. Pogodził się z tym, jak wyglądało jego życie, bo ojciec nauczył go (różdżką i pasem, zależało od humoru Lucjusza), że bezsensowna walka niegodna jest czarodzieja czystej krwi. A chęć zbawienia świata jest bezsensowną walką.
Teraz Draco stwierdził, zerkając na czarną skórę Astorii na przedramieniu i obficie zabandażowane rany po piersiach widoczne spod odstającej piżamy, że istniała jedna walka, która naprawdę była pozbawiona jakiegokolwiek sensu.
Życie.
*
Hermiona, tak jak w pozostałych przedmiotach, była bardzo dobra w Eliksirach, o czym świadczyły rokrocznie wystawiane przez Severusa Snape’a Wybitne na jej świadectwach. Zaproponowała więc, że ugotuje eliksiry, których zapasy kończyły się już w Norze. Musiała czymś się zająć, ponieważ w przeciwnym razie by oszalała.
Bok dawał jej dzisiaj się we znaki mocniej niż przez ostatnie dni, ale nikomu się nie skarżyła. Jej ból miał się nijak do tego, co spotkało Lunę i Astorię Greengrass.
Harry poszedł czuwać przy Lunie, a Draco zamknął się w swoim pokoju. Państwo Weasley i bliźniacy poszli się zdrzemnąć („Hermiono, jeżeli coś będzie się działo, natychmiast mnie obudź”, zastrzegł pan Weasley, ledwo powstrzymując się przed zaśnięciem na stojąco). Wszyscy byli wykończeni. Nikt już nie pamiętał, że od wesela minęły zaledwie dwa dni.
Dochodziła dwunasta. Na dworze trochę się przejaśniło. Hermiona przygotowywała Eliksir Przeciwbólowy, gdy do kuchni weszła Ginny. Wyglądała mizernie. Miała cienie pod oczami, a długie, ogniście rude włosy zaplotła niedbale w warkocz, opuszczając parę pasm.
— Mogę ci jakoś pomóc? — spytała.
Hermiona pokręciła głową.
— W sumie to już kończę. — Uśmiechnęła się do niej ciepło.
Ginny oklapła na stołek przy Hermionie i wgapiła się w kociołek.
— Czy to nie jest śmieszne? — odezwała się po chwili. — Wczoraj wyzywałam Astorię od kurew, a dzisiaj zrobiłabym wszystko, żeby jej to nie spotkało.
Hermiona zamieszała płyn, wzdychając głęboko.
— Nie wiem, co mogłabym ci powiedzieć oprócz tego, że taka jest wojna. — Zerknęła na przyjaciółkę. — Ginny, miałaś prawo czuć złość na Astorię. W końcu Harry to twój chłopak. To raczej ja zachowałam się jak idiotka, wtrącając się w wasze sprawy.
— Były chłopak — przypomniała smutno Ginny. — Hermiono, ty mnie tylko podsunęłaś nazwisko. Widziałam, że Harry znika co jakiś czas i domyśliłam się, że jest ktoś trzeci. Sama nie byłam w porządku, więc starałam się to ignorował. Nie spodziewałam się tylko, że to Ślizgonka…
— To nie tak, Ginny — wtrąciła Hermiona. — O ile wiem, Harry powiedział ci wczoraj prawdę. Nie mieli romansu. Wydaje mi się, że Astoria poprosiła Harry’ego o pomoc w nauce walki.
— Co? — zdziwiła się szczerze Ginny. — Jak to w nauce walki?
Hermiona wypuściła ze świstem powietrze.
— To prawdopodobnie miało trochę przypominać spotkania Gwardii Dumbledore’a — wytłumaczyła. — Astoria zaczepiła mnie pewnego razu na korytarzu w Hogwarcie i próbowała wypytać o Gwardię, ale ją zbyłam. Wiesz, był drugi semestr piątego roku, Umbridge wyskoczyła z Brygadą Inkwizycyjną, a Astoria była ze Slytherinu, na dodatek jej siostra jest w fanklubie Dracona. Byłam przekonana, że została wysłana na przeszpiegi.
Hermiona oceniła konsystencję eliksiru i z zadowoleniem stwierdziła, że wyszedł idealny. Potem kontynuowała:
— Nie wiem, jak przekonała do tego Harry’ego. Na początku roku szkolnego zobaczyłam ich, wchodzących do pustej klasy. Myślałam… Myślałam, że Harry cię zdradza. Czatowałam tam przez jakiś czas. Prowadzili normalną koleżeńską rozmowę, a potem zaczęli rzucać zaklęciami.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś? — spytała Ginny z wyrzutem. — I skąd wiedziałaś, że w końcu się ze sobą przespali?
Hermiona wytarła spocone czoło chusteczką i zaczęła ostrożnie przelewać eliksir do fiolek, pilnując, żeby nie przekroczyć dawki. Ginny pomagała je oznaczać.
— Ginny, wiem, że powinnam być z tobą szczera — przyznała Hermiona. — Ale jeżeli miałam pewność, że Harry cię nie oszukuje… Sądziłam, że on ci w swoim czasie powie… A zorientowałam się, że coś zaszło, gdy Harry wleciał do Pokoju Wspólnego po pogrzebie. Najpierw zniknął, a później pojawił się w pomiętej koszuli i wypiekami na twarzy. Kiedy do niego podeszłaś, żeby poprawić mu krawat, odskoczył jak oparzony. — Ginny pokiwała głową na znak, że pamięta. — Gdy pocałował Cho Chang, też wiedziałam. Czasami da się w nim czytać jak w otwartej księdze. No i brakowało mu paska od spodni. Modliłam się, żebyś ty tego wszystkiego nie dostrzegła.
— A teraz ona leży ledwo żywa w moim łóżku — powiedziała Ginny zmienionym głosem i postanowiła zmienić temat. — Jak sobie radzi Malfoy?
— Nijak. — Kociołek już był pusty. Hermiona machnęła różdżką i fiolki wylądowały w apteczce. — Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek zobaczę go płaczącego i tak rozbitego.
— Wiesz, co by powiedział Dumbledore? Że to najlepszy dowód na to, że Malfoy jest człowiekiem.
— Wolałabym, żeby nie trzeba było udowadniać tego w taki sposób — odpowiedziała Hermiona, przeczesując włosy.
— Hermiona, czy ty coś do niego czujesz? — zapytała Ginny, z uwagą lustrując przyjaciółkę.
Hermiona objęła się ramionami i zapatrzyła w rozwalony ogródek. Gnomy powpadały do dziur zrobionych w nocy przez Draco i teraz piszczały cichutko.
— Lubię go — odpowiedziała. — Okazuje się dokładnie taki, jaki miałam nadzieję, że jest pod skorupą wyniosłego arystokraty.
— I puścisz w zapomnienie te sześć lat, kiedy mieszał cię z błotem?
Hermiona oparła się o stół.
— Puściłam, kiedy mnie ratował.
Ginny nie był pewna, czy chce usłyszeć odpowiedź na to pytanie, ale jednak odważyła się zapytać.
— Dlaczego poszłaś z nim do łóżka?
Hermiona westchnęła ciężko i potarła skronie.
— Ginny, jedyne, czego jestem teraz pewna to to, że mu ufam.
To nie była odpowiedź, której się spodziewała, ale Ginny wystarczyła.
Posprzątały stół i poszły zajrzeć do Luny.
*
Zastała go opartego o ścianę, z rękami na kolanach i wczorajszych rzeczach. Nie zdziwiła jej jego obecność. Gdzież indziej mógłby być, jeśli nie przy Astorii leżącej w śpiączce.
— Przyniosłam ci kanapki — powiedziała Hermiona, unosząc lekko talerzyk z pięcioma kromkami.
Potrząsnął głową i spojrzał na nią, jakby nie zorientował się, kiedy przyszła. Hermiona powtórzyła, ale on odpowiedział beznamiętnym tonem:
— Nie będę nic jadł. Możesz sobie iść.
Hermiona, niezrażona, odstawiła talerz z cichym brzękiem na komodę i zajęła miejsce obok niego na drewnianej podłodze.
Draco odezwał się matowym głosem dopiero, gdy poprawiała przez bluzkę bandaż, który za bardzo ją ściskał:
— Racja, przepraszam, nie zmieniłem ci opatrunku.
— Anna mi zmieniła — powiedziała Hermiona. — Mimo że jest magomedykiem, w ogóle nie ma wyczucia. Ty to robisz o wiele lepiej. — Posłała mu lekki uśmiech, ale on patrzył przed siebie. — Poza tym nie dlatego tu przyszłam.
Zaskoczyła go.
— Jeśli mi pozwolisz, to chciałabym z wami zostać.
— Boisz się, że jeszcze bardziej ją zmasakruję? — sarknął z bólem Draco.
— Przestań!
— Różdżka od ciebie leży na stoliku nocnym w pokoju Charliego. Lepiej, żebyś ją zabrała.
— Nie zamierzam — odpowiedziała Hermiona, siląc się na opanowanie. — Ona należy do ciebie.
— Potter miał rację — Draco niespodziewanie zmienił temat, przekręcając głowę i patrząc na Mroczny Znak. Nawet nie pamiętał, kiedy podwijał rękawy. — Moje miejsce jest w Azkabanie.
Hermiona nie zdążyła odpowiedzieć, bo Astoria poruszyła się gwałtownie w śnieżnobiałej pościeli i krzyknęła z bólu. Natychmiast oboje z Draco poderwali się z podłogi i znaleźli przy łóżku. Astoria wrzeszczała w cierpieniach.
— Obudziła się — powiedział Draco. Jej błękitne oczy błądziły po całym pomieszczeniu.
— Śpiączka miała trwać dwa dni — odrzekła zaniepokojona Hermiona i podleciała do drzwi.
Otworzyła jej i zawołała:
— Anna! Astoria się wybudziła!
— Astoria, słyszysz mnie? — zapytał Draco.
Błędny wzrok dziewczyny przeniósł się na chłopaka, a spuchnięte przekrwione oczy rozszerzyły się w strachu.
— Astoria, nic ci już nie grozi — mówił uspokajającym głosem Draco. — Jesteś w Kwaterze Głównej Zakonu Feniksa. Tutaj jesteś bezpiecz…
Głos utonął w pisku Astorii, która dostrzegła Mroczny Znak na jego przedramieniu. W tym samym momencie do pokoju wpadła Anna.
— Wyjdźcie stąd natychmiast — rozkazała kobieta. Jej słowa z trudem przebiły się przez pisk Astorii.
Hermiona odciągnęła Draco od łóżka, na którym leżała Astoria, i wyprowadziła go na korytarz.
*
Powoli poprawiający się stan zdrowia Astorii przekonał magomedyków do tego, żeby nie wprowadzili jej ponownie w śpiączkę. Po kilku godzinach od wybudzenia wróciła jej pełna świadomość i dopiero dwie fiolki Eliksiru Uspokajającego sprawiły, że przestała płakać i krzyczeć.
Astoria z trudem pozwalała się zbadać Annie. Do pokoju, w którym leżała, mogły wchodzić tylko magomedyczka, Molly i Ginny. Mimo eliksirów co jakich czas miała napady lękowe, nękały ją koszmary. Nie było to nic, czego się nie spodziewano wcześniej.
Za to Lunie nieoczekiwanie się pogorszyło. Dostała wysokiej gorączki i nie dało się jej w żaden sposób wybudzić. Seval, bo tak nazywał się magomedyk (Draco w życiu nie słyszał głupszego imienia), stwierdził, że Macnair musiał rzucić na nią zaklęcia ujawniające się z opóźnieniem. Jeżeli nie obudziłaby się w ciągu doby, ostrzegł, że będzie musiał zabrać ją do Munga.
*
Tak wyglądało piekło. Bolało ją każdy fragment zniszczonego ciała. Nie potrafiła się ruszyć bez stęknięcia. Każdy oddech palił płuca. Ale potworny ból przyćmiło coś o wiele gorszego.
Czuła do siebie obrzydzenie. Pamiętała, co robili z nią po kolei wszyscy oprawcy. Miała ochotę zedrzeć z siebie skórę gołymi rękami. Powracające koszmary i wizje co rusz zabierały ją z ciepłego łóżka Ginny Weasley do mrocznych lochów, zimnych śmiechów, ordynarnych wyzwisk i śmierdzących, ociekających potem gęb.
Widziała swoje ciało, gdy badała ją magomedyczka. Była jedną wielką raną nie do zagojenia. Splugawili ją.
Przerażał ją sam widoki mężczyzny. Gdy zobaczyła Dracona Malfoya i jego Mroczny Znak wszystko wróciło do niej z prędkością błyskawicy.
Wiedziała, że już nigdy ten strach jej nie opuści. Jej życie będzie katorgą.
Z wielkim wysiłkiem przesunęła odrobinę głowę i popatrzyła zapuchniętymi oczami na Ginny. Zasnęła z różdżką w ręku.
Różdżka…
Jeden ruch ręką i cały ból by się skończył.
Łzy napłynęły jej do oczu, gdy rękę przeszył ostry, palący ból. Dzieliło ją kilka cali.
Astoria wierzyła w Boga i raj. Pomyślała, że nie musi trafić do raju. Wystarczyło, żeby nadszedł koniec jej cierpienia.
*
Trwała kolacja. Molly przed chwilą zaniosła na górę pieczeń dla Ksenofiliusa Lovegooda, a potem kanapki dla Ginny czuwającej przy śpiącej Astorii, której musiały wystarczyć za jedzenie specjalne eliksiry.
Gdyby Draco nie czuł, jak żołądek kurczy mu się coraz bardziej, nie zszedłby do kuchni. Zmusił się do zjedzenia pieczonych ziemniaków i pieczeni wołowej pani Weasley. Nikt z nikim nie rozmawiał tak, jak poprzedniego wieczoru. Krzesło Pottera zajęła Anna.
Pani Weasley nalewała sobie soku z dyni, gdy na pierwszym piętrze rozległ się krzyk.
— Avada Kedavra!
Dzbanek z sokiem roztrzaskał się o stół. Na sekundę wszyscy przy stole przestali oddychać. Następnie rzucili się do schodów.
Pierwszy do pokoju wpadł Dracon. Ginny leżała spetryfikowana na łóżku Hermiony. Omdlała ręka Astorii ściskała różdżkę.
Draco w mig zrozumiał, co zrobiła Astoria. Podbiegł do niej, przytykając palce do jej szyi.
— Merlinie, Draco, powiedz, że ona się nie… — Hermiona nie potrafiła dokończyć.
Przymknął oczy i wypuścił powietrze.
— Żyje.
— Dzięki, Merlinowi — rzekła Molly.
— Ale słyszeliśmy formułę Tego Zaklęcia — w głosie Freda dało się słyszeć drżenie.
— Pierwsza zasada rzucania Zaklęć Niewybaczalnych: musisz naprawdę tego chcieć — wyrecytował Draco i zaczął cucić Astorię. Kątem oka zanotował, że na pierwsze piętro zbiegł Potter, wyraźnie zaspany i z przekrzywionymi okularami.
— Astoria. — Draco poklepał ją delikatnie we wklęsły policzek. — Budzimy się. Hej! Już! Wracamy…
Astoria gwałtownie zaczerpnęła powietrza i otworzyła oczy. Zanim pomyślał, że wystraszy się jego bliskości, Astoria wczepiła palce w jego koszulkę i zaszlochała schrypniętym głosem:
— Zabij mnie, Draco! Nie chcę żyć! Nie mam siły! Nie wytrzymam! Chcę umrzeć! Zabij mnie, proszę! Błagam!
Draco przycisnął ją do siebie, wstrząśnięty, czując dławiącą gulę w gardle i uścisk w piersiach.
— Nie wolno ci tak mówić! Nie wolno ci tak nawet myśleć! Masz żyć!
Astoria go nie słuchała, powtarzając jak mantrę:
— Zabij mnie! Zabij!
*
Anna była zmuszona podać Astorii podwójną dawkę Eliksiru Uspokajającego i Eliksir Słodkiego Snu. Ginny rozpłakała się w ramionach matki, gdy zdjęli z niej zaklęcie Petrificus Totalus. Wiedziała, że wykazała się kompletnym brakiem wyobraźni, zasypiając z różdżką w ręku tuż przy łóżku Astorii. Hermiona i pan Weasley tłumaczyli jej, że nie jest temu winna, ale ona tylko zaprzeczała.
Nad Norą zapadła noc. George, który od rana tłukł się po domu bez celu, o zmierzchu naprawił zniszczenia w ogródku. Gnomy swoim zwyczajem biegały po trawniku.
Dracon wychodząc z pokoju Astorii, zderzył się z Harrym.
— O, Potter — powiedział.
Widział żądzę mordu w zielonych oczach. Prawie się uśmiechnął. Kiedy czuwał przy łóżku Astorii, w jego głowie pojawiło się olśnienie. Kiedy Astoria błagała go o to, żeby ją zabił, utwierdził się w swoich planach. A teraz nawinął się Potter-Wybawca. Może jego też wybawi?
— Jesteś pierdolonym skurwysynem, wiesz, Malfoy — wysyczał Harry.
— Miło mi to słyszeć — zironizował Draco. Potter był stosunkowo łatwy do sprowokowania.
— Powinieneś zdechnąć w Azkabanie!
— Już to mówiłeś.
Na nos Draco spadł pierwszy cios. Zatoczył się lekko, ale nie oddał Potterowi. Nie zamierzał się bronić.
Zaniepokojona odgłosami przy schodach Hermiona przyszła z kuchni.
— Co wy wyprawiacie?! — pisnęła, widząc zaciśniętą pięść Harry’ego i krew cieknącą z nosa Draco.
— Hermiona, nie wtrącaj się — rzucił ostro Harry i wyciągnął różdżkę.
Hermiona podbiegła do chłopców i zasłoniła Malfoya własnym ciałem.
— Masz zostawić Dracona w spokoju, Harry — rozkazała tonem nieznoszącym sprzeciwu.
— Zabrakło ci jaj, że zasłaniasz się dziewczyną, Malfoy?
— Harry, natychmiast przestań!
Na usta Draco wpłynął kpiący uśmieszek. Hermiona tak skupiona na wściekłym Potterze nie poczuła, jak jej różdżka znika z kieszeni dżinsów.
— Nikim się nie zasłaniam, Potter.
Refleks szukającego w niektórych sytuacjach poza boiskiem również się przydaje. Draco w ułamku sekundy rzucił zaklęcie osłony na siebie i Pottera, wyrzucił różdżkę i popchnął Hermionę w bok. Nim przeźroczysta powłoka dotknęła podłogi i sufitu, został sam na sam z Chłopcem, Który Przeżył.
Hermiona podniosła się i spróbowała usunąć osłonę. Draco wiedział, że jej się nie uda. Tego zaklęcia nie znała, bo on je wymyślił.
— No dalej, Potter, nie krępuj się — zachęcił Gryfona. — Ty masz różdżkę, ja nie.
Harry’emu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Pragnął rozszarpać Malfoya na strzępy. Przelał na niego cały swój gniew i całą nienawiść do śmierciożerców i Lorda Voldemorta.
Następne dwa zaklęcia powalił Draco na kolana. Bolało, ale nie tak mocno, jakby tego chciał. Potter rzucał w niego zaklęciami, Hermiona nie przestawała walczyć z osłoną, zbiegli się Weasleyowie i dołączyli do prób ściągnięcia zaklęcia Draco, wołając do Pottera, że ma natychmiast się opanować.
Draco w pewnym momencie usłyszał odgłos łamanych kości. Kopniak Pottera złamał mu co najmniej trzy żebra. Jęknął. To już odczuł.
Potter przestał na chwilę, ale jego złość nie zniknęła. Patrzył na Malfoya z furią. Draco z policzkiem przyciśniętym do zimnych klepek, powiedział:
— Wiem, że tego chcesz, Potter. Masz rację. Jestem śmierciożercą i nie zasłużyłem na to, żeby żyć.
— HARRY, NIE SŁUCHAJ GO! — wrzasnęła Hermiona bliska łez. — ZOSTAW GO I PRZEBIJ ZAKLĘCIE!
Harry wyglądał, jakby naprawdę chciał zamordować Dracona.
Trzy zaklęcia wypowiedziane jedno po drugim uderzyły w Draco z impetem. Draco zaśmiał się z trudem. Złamane żebra utrudniały oddychanie.
— Kończ to, Potter.
Z rozczarowaniem dostrzegł, że Wybraniec się waha.
Gryfoni i ich rycerskość, pomyślał Draco z kpiną. On by się nie zastanawiał. Spróbował znaleźć słaby punkt Pottera. Powinien powiedzieć coś, po czym Harry przestałby się kontrolować. I znalazł.
— Tak jak Astoria miała wyglądać Hermiona po tym, jakbym się z nią zabawił…
Podziałało.
Sectum Sempra!
Wyćwiczył się nasz Grzmoterek, przyszło do głowy Dracona, gdy zaklęcie rozcinało głęboko i boleśnie skórę na jego całym ciele. Zaklęcie było o wiele silniejsze niż to rzucone w łazience w maju. To dobrze.
Potter, ciężko dysząc, patrzył, jak Draco szybko wykrwawia się na podłodze w korytarzu. Krew zabarwiła wytarte dżinsy i białą koszulę.
Czuł, że odpływa. Nie spodziewał się scen z przeszłości migających przed oczami. Nie oczekiwał również, że zobaczy tunel, a na jego końcu światło. Nie przygniatała go też ciemność. Prawdę mówiąc, łudząco przypominało to zasypianie. Długi, męczący dzień się kończył. Nareszcie.
Resztkami świadomości zdecydował, że twarz Pottera nie będzie ostatnim, co zobaczy w życiu. Nie był aż takim desperatem. Przeniósł wzrok na klęczącą za osłoną Hermionę. Poraniła sobie ręce, walcząc z zaklęciem. Zamierzał się do niej uśmiechnąć, ale siły go opuściły. Zapatrzył się w jej brązowe oczy, przypominając sobie chwilę, w której stali naprzeciw siebie w ogródku 31 lipca, ona trzymana przez Łasicę, on przez Lucjusza. Dostrzegł w niej wówczas po raz pierwszy prawdziwego człowieka. To było piękne wspomnienie.
Wszystko pochłonęła ciemność.

***
(Raijin, chciałeś mordobicia, to masz :P)
Przepraszam, że po raz kolejny wstawiam niepoprawiony rozdział :(
Niestety, nie mam dobrych wieści. Mój plan zajęć jest absolutnie katastrofalny, gorszego już chyba nie mogłabym mieć. Jako że studia będą wymagające, a mój zapał do nich gdzieś uleciał razem z wrześniem, tym bardziej muszę odłożyć na bok "Smoczą opowieść". Nienawidzę tego, nienawidzę, nienawidzę. Mam gotowe do wstawienia jeszcze trzy rozdziały, z których jestem zadowolona. Na tę chwilę nie mam zielonego pojęcia, kiedy i czy znajdę czas na prowadzenia bloga tak, jakbym sobie życzyła. Na usta ciśnie mi się stek przekleństw...
Dzisiaj wcześnie i krótko. Mam nadzieję, że u Was o wiele lepiej :) Draco wykazuje oznaki ludzkie, znowu. Nie wiem, co się z tym chłopakiem dzieje ;D
Rozdział czternasty planuję dodać w październiku, gdzieś w połowie i oby mi się to udało. Cieszcie się jesienią i wszystkiego najlepszego! ;*
Tradycyjnie można mnie znaleźć na martwiala@gmail.com i ask.fm/martwiala
Do napisania! 

Copyright © 2017

Autor: Martwiała
Belka: Godło Hogwartu "Nigdy nie łaskocz śpiącego smoka"
Szablon: Martwiała; portret Dracona autorstwa edarlein
Tło wykonałam sama, korzystając z kodów CSS znalezionych na Tajemniczym Ogrodzie, Graphical Thoughts i Land of Grafic.
Słowa na szablonie: Godło Hogwartu "Nigdy nie łaskocz śpiącego smoka" i tytuł opowiadania
Favikona: Ayrton Jordan


Szablon dostosowany do przeglądarki Internet Explorer, Firefox, Google Chrome.


Wszystkie prawa zastrzeżone.

Obserwatorzy