28 III 2017

Dzisiaj był taki piękny dzień, że postanowiłam dodać rozdział :) Uważam, że 28. marca to dobra data na dodawania kolejnych części opowiada na Blogspot.
Serdecznie zapraszam na rozdział drugi!

Na górze ekranu pojawiła się zakładka Subskrypcja, w której możecie dać mi znać, że chcecie być informowani o nowościach na "Smoczej opowieści".
Z kolei na dole, tuż pod postem, pojawiła się funkcja "Obserwatorzy". Wybierajcie więc, co jest dla Was wygodniejsze ;)

wtorek, 28 marca 2017

2. Nocna przechadzka Ronalda Weasleya






Betowały: Katja i Desdemona
Dracon obudził się o wpół do trzeciej nad ranem z bardzo prozaicznego powodu: był po prostu niezmiernie głodny. Poprzedniego dnia jadł tylko śniadanie i pomimo tego, że zdążył się przyzwyczaić do spożywania w Norze zaledwie trzech posiłków dziennie, jego żołądek domagał się obfitego obiadu, albo przynajmniej porządnej kolacji. Przed zebraniem Zakonu Feniksa obiecał sobie, że nie zejdzie do kuchni, a gdy ono dobiegło końca, był na tyle śpiący i leniwy, że nie zszedł na parter nawet po kromkę suchego chleba, ignorując uporczywe burczenie w brzuchu. Za to teraz niemalże skręcał się z głodu.
Zrezygnowany, przetarł oczy dłonią i odrzucił kołdrę. Tak niewyobrażalnie chciało mu się spać. Zdołał zasnąć dopiero przed godziną, jak wskazywał zegarek z potłuczonym szkłem stojący na komodzie, i chociaż jakimś cudem pierwszy raz od pamiętnej nocy nie śniła mu się Wieża Astronomiczna, był zmęczony, jakby przebiegł maraton. Bolało go wszystko, za co winnym uznał stary materac, na którym musiał leżeć. Nie zdołałby się przyzwyczaić do tych wrzynających się w plecy sprężyn, choćby kazali mu na nich sypiać do końca życia.
Ziewnął potężnie, drapiąc się po głowie, po czym wstał, wywołując głośne skrzypnięcie łóżka. Na wpół po omacku dotarł do drzwi i powoli je otworzył. Skrzypnęły. Wyszedł na korytarz, w ogóle nie zawracając sobie głowy tym, że miał na sobie tylko bokserki i koszulkę. Nie spodziewał się bowiem kogokolwiek spotkać o tej porze.
Nim dotarł do kuchni, zdołał się całkowicie rozbudzić. Wyjął z szafek chleb, szynkę i jakąś zieleninę, i z małymi trudnościami przyszykował kilka kanapek, które jednak estetyką dalece odbiegały od tych przygotowanych przez ryżą kurę. Draco nigdy wcześniej nie musiał robić posiłków. Wszystkim za niego zajmowały się skrzaty domowe, zarówno w Dworze Malfoyów, jak i w Hogwarcie, i dopiero tutaj, w Norze, zdał sobie sprawę, że niemal był od nich uzależniony. Może z różdżką szłoby mu nieco lepiej, ale skonfiskował ją cholerny Zakon Feniksa zaraz po śmierci wszechmogącego trzmiela.
Poczuł się o wiele lepiej po tym, jak w kilka minut pochłonął pięć kromek, popijając je sokiem pomarańczowym. Pusty talerz i szklankę odkładał do zlewu, kiedy w oczy wpadł mu leżący na parapecie wczorajszy numer „Proroka Codziennego”, który rano tak namiętnie czytał Artur Weasley. Wielki nagłówek, zauważony przez niego poprzedniego dnia, nadal przyciągał ogromnym zdjęciem Mrocznego Znaku i niecodziennym tytułem artykułu: „Kolejne ataki na czarodziejów i mugoli – czy śmierciożercy nie znają umiaru?”
Umył szybko naczynia, tak aby nikt się nie zorientował, że w nocy był w kuchni, inaczej w ogóle by ich nie tknął, a potem sięgnął po gazetę, przysuwając jedyną lampę, którą zaświecił – miała śmieszny abażur w kolorowe głowy gnomów, które wyglądały, jakby zostały odcięte. „Proroka Codziennego” nie trzymał w rękach od… no tak, od opuszczenia Hogwartu. Po raz kolejny pomyślał, że w Norze trzymają go naprawdę jak w więzieniu. Był zupełnie odcięty od rzeczywistości.
Gorączkowo przeleciał wzrokiem po początku artykułu, a następnie szybko przekartkował gazetę i otworzył na stronie piątej, gdzie według odnośnika znajdował się dalszy ciąg relacji Dempstera Wiggleswade’a. Zajmowała ona całą kolumnę.

Masowe ataki śmierciożerców zarówno na czarodziejów oraz czarownice, jak i na mugoli, przeprowadzane regularnie od śmierci Albusa Persivala Wulfryka Briana Dumbledore, dotychczasowego dyrektora Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, chyba już nikogo zbytnio nie dziwią. Niemniej jednak ich okrucieństwo wraz z ogromem zniszczeń, jakie po sobie zostawiają, nie mogą przejść bez echa. Tylko w tamtym tygodniu, według naszych doniesień, które uzyskaliśmy z pewnego źródła, zginęła około czterdziestka mugoli (w tym tuzin dzieci poniżej dziesiątego roku życia oraz dwadzieścia kobiet) i trzydziestu czworo czarodziejów (warto nadmienić, że wszyscy w swoich rodzinach posiadali przynajmniej jedną niemagiczną osobę). Ministerstwo Magii usilnie upiera się, że robi wszystko, co w jego mocy. Rzecznik Ministra Magii, Rufusa Scrimgeoura, Bettina Brewitch (lat 31), tak odpowiada na pytanie, czy rzeczywiście w walce z Sami-Wiecie-Kim szanse są równe i dobrze przez naszą stronę wykorzystywane:

„Nie będzie zaskoczeniem, jeżeli powiem, że ten rodzaj walki – chodzi mi oczywiście o brak otwartych starć – nie jest dla nas najkorzystniejszy. Jednakże pragnę zaznaczyć, że sytuacja znajduje się pod kontrolą, angielscy Aurorzy są jednymi z najlepiej wyszkolonych na świecie, zaś władze ministerstwa, na czele z samym Ministrem Magii, wykorzystują możliwie wszystkie środki bezpieczeństwa, aby maksymalnie zniwelować straty materialnie, a przede wszystkim w ludziach”.

Jak więc minister wytłumaczy tak miażdżące statystyki?

„Być może to, co za chwilę powiem, zabrzmi brutalnie, ale na każdej wojnie, a my znajdujemy się właśnie w stanie wojny, są ofiary. Ministerstwo Magii, choćby posiadało najszczersze chęci, nie jest w stanie ochronić wszystkich.”

Na dalsze pytania Bettina Brewitch odmawia odpowiedzi.

Jak doskonale wygląda ta wypowiedź, jeżeli nie zna się prawdziwych liczb.

Od 28 czerwca br., czyli innymi słowy od zabójstwa Albusa Dumbledore’a, jedynego człowieka, którego rzeczywiście obawiał się Sami-Wiecie-Kto, śmierć poniosło w sumie pięćset osób. Ponad połowa to bezbronni mugole. Prawie dwieście porwano, a ich los do dzisiaj pozostaje zagadką. W różnych częściach Anglii znaleziono 83 zmasakrowane ciała, głównie kobiet; większość z nich nie udało się zidentyfikować ze względu na poniesione obrażenia. W Szpitalu świętego Munga leży ponad setka ciężko rannych czarodziejów, którym cudem udało się umknąć śmierciożercom.

Czy w obliczu w/w informacji, Minister Magii może z czystym sumieniem powiedzieć, że robi absolutnie wszystko, aby ochronić niewinnych ludzi?

W kolumnie drugiej znajduje się lista najgroźniejszych śmierciożerców wraz z ich zdjęciami. Pragniemy przypomnieć, że podczas niedawnej ucieczki z Azkabanu wolność odzyskał m.in. wieloletni i bliski sługa Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, Lucjusz Malfoy (lat 43). (Warto również zauważyć, że to, co obecnie dzieje się z jego siedemnastoletnim synem, Draconem, jest wielką niewiadomą; chłopiec zniknął z Hogwartu pamiętnej nocy z 28 na 29 czerwca.)

Jeżeli ktokolwiek widział  czarodzieja, którego nazwisko widnieje w kolumnie obok, zobowiązany jest do natychmiastowego powiadomienia odpowiednich służb w Ministerstwie Magii (Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów, Kwatera Główna Aurorów, poziom drugi).

Apelujemy również o zachowanie najwyższej ostrożności w domu, w pracy, w drodze i na ulicy. Nikt nas lepiej nie ochroni niż my sami.

(Przypomnienie podstawowych zasad bezpieczeństwa wraz z ulotką Ministerstwa Magii „Ministerstwo Magii ostrzega: CHROŃ SWÓJ DOM PRZED CZARNĄ MAGIĄ” s.7)

Dracon popatrzył na zdjęcie swojego ojca zrobione w celi w Azkabanie. Potargane, niemal białe włosy, obdarta, brudna więzienna szata, wielki siniak na bladym czole i grube kajdany zaciśnięte wokół już nie tak zadbanych jak zawsze rąk ani trochę nie wskazywały, że oto znajduje się na nim najbogatszy arystokrata w Zjednoczonym Królestwie. Najbardziej jednak przykuwała wzrok kredowobiała twarz Lucjusza. Mieszały się na niej wyniosłość, duma oraz strach. Trochę przypominała twarz dziecka, które wie, że za chwilę tata je zbije, a mimo to dalej upiera się, że nic nie zrobiło. Za to szare oczy Malfoya Seniora były tak samo puste, jak przez ostatnie siedemnaście lat.
Wrócił po raz drugi do wzmianki o sobie:
Warto również zauważyć, że to, co obecnie dzieje się z jego siedemnastoletnim synem, Draconem, jest wielką niewiadomą; chłopiec zniknął z Hogwartu pamiętnej nocy z 28 na 29 czerwca.
Krótkie zdanie, ale było najlepszym potwierdzeniem, że to on miał rację w rozmowie ze starym Weasleyem. Stał się pełnowartościowym śmierciożercą, takim, jakim był jego ojciec. Wszyscy podejrzewali, że poszedł w ślady innych członków swojej arystokratycznej rodziny, i wcale się nie mylili. A teraz, choćby nie wiadomo, co zrobił, choćby nawet własnoręcznie zabił Czarnego Pana, zawsze pozostanie śmierciożercą.
Z wściekłością przewrócił kilka następnych kartek. Ogłoszenia na stronie ósmej zawierały przede wszystkim zdjęcia zaginionych czarodziejów z prośbami o natychmiastowe zgłoszenia, jeżeli ktokolwiek widział którąś z tych osób. Dodatkowo podano przy każdym adres zamieszkania, ubranie, które miał na sobie nieszczęśnik, jego wiek oraz miejsce, gdzie ostatnio go widziano. Dla Draco wszystko zlewało się w jedno.
„Thomas Johnson, wysoki szatyn, lat 34, widziany ostatnio przy Lean Road, miał na sobie dżinsową kurtkę i …”
„Anabella Jacobs, średniego wzrostu brunetka, 29 lat, zaginęła w pobliżu Banku Gringotta…”
„Jacques Deem, lat 21, pracownik Departamentu Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli zaginął 5 lipca; ma jasnobrązowe włosy, ciemny płaszcz…”
„Georgiana Tack, 18 lat, blondynka, sześć stóp wzrostu, zniknęła na Trafalgar Square…”
Znowu przekartkował. Na przedostatniej stronie znajdował się przegląd sportowy. Migający nagłówek skandował: „GRAĆ BĘDZIEMY DO KOŃCA. Harpie z Holyhead protestują przeciwko zawieszeniu rozgrywek ligowych”, a pod nim dumnie wypinała swoją obfitą pierś kapitan drużyny Gwenog Jones.
Draco uśmiechnął się pod nosem. Spotkał Gwenog Jones na ostatnim przyjęciu w Dworze Malfoyów. Kobieta była „lekko” pod wpływem alkoholu i odpowiadając na pytanie innego gościa, krzyknęła na całe gardło, że żadnych śmierciożerców się nie boi i będzie grała w quidditcha dopóki sam Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać nie odbierze jej miotły. (Zaznaczyła także, naprawdę nie chwiejąc się aż tak mocno, że na jego miejscu nie postąpiłaby niemądrze i nie naraziłaby się na swój okrutny gniew.) Draco z Blaisem Zabini, jego najlepszym przyjacielem, którego również wtedy zaproszono, zrywali boki z miny Malfoya Seniora, kompletnie wyprowadzonego z równowagi, a jednak próbującego trzymać fason. Kilka dni później w Dworze zamieszkał Czarny Pan. Od tamtej pory Malfoyowie gościli tylko Jego „przyjaciół”, a głównymi atrakcjami imprez stali się mugole.
Odłożył „Proroka Codziennego” na bok i położył się tułowiem na stole, podpierając głowę o ręce. W domu było cicho, ponieważ Weasleyowie nie trzymali żadnych zwierząt domowych. Czasami tylko pojedyncza deska w podłodze albo od mebli zaskrzypiała.
Dracon bardzo lubił ciszę. Pomagała pozbierać myśli albo wręcz przeciwnie, zapomnieć o wszystkim. Do tej części Dworu Malfoyów, w której znajdował się jego pokój, przeważnie nie docierał żaden dźwięk. Bywały takie momenty, w jakich czuł, że wariował, jeżeli obok nie było trajkoczącej Pansy lub gadatliwego Zabiniego. Wtedy w ciszy słyszał setki głosów, krzyków czy jęków, które nie dawały mu wytchnienia, odbijając się niekończącym się echem w jego głowie. Na szczęście zazwyczaj po jakimś czasie stawały się coraz cichsze, aż wreszcie zupełnie znikały, pozostawiając po sobie tylko błogi bezdźwięk… właśnie teraz przez coś przerwany.
Draco natychmiast podniósł głowę ze stołu, siadając sztywno na krześle i rozglądając się wokół. Miał świetny słuch, który nigdy go nie zawiódł, i wyraźnie słyszał, że ktoś przewrócił jakiś żelazny przedmiot w ogrodzie, a później zaczął zbliżać się do domu, wywołując chlapanie wody w kałużach. Było to o tyle dziwne, że aby dostać się do Nory, na którą nałożono zaklęcie Fideliusa, trzeba było mieć magiczne zaproszenie od Artura Weasleya, Strażnika Tajemnicy, jego żony, Molly, drugiej właścicielki nieruchomości lub pełnoletniego spadkobiercy, o jakim wspomniano podczas rzucania zaklęcia. A Draco, który wiedział o czarze tylko dlatego, że sam Artura go o nim poinformował już pierwszego dnia pobytu tutaj, nie słyszał, żeby ktokolwiek zapraszał kogoś na trzecią nad ranem. Nikt z domowników raczej nie szwendałby się po obejściu o tej porze.
Jakie więc młody Malfoy poczuł zdziwienia, gdy w progu stanął Ronald Weasley. Chudzielec był tak podniecony, że w ogóle nie zauważył Draco ani lampy, w której cieniu siedział arystokrata. Weasley zamknął drzwi najciszej, jak zdołał, starając się nie wywołać żadnego dźwięku. Wciąż nieświadomy, że ktoś go obserwuje, zdjął przemoczony płaszcz i ubrudzone błotem buty. Na dworze już nie padało, ale było pochmurnie i chłodno jak na lipiec, a wieczorna burza sprawiła, że ogródek tonął w wodzie. Ron, wyciągając różdżkę, mruknął pod nosem „Chłoszczyć” i jego wierzchnie okrycie w mig stało czyste. Dopiero wtedy zauważył swojego największego wroga, który jak gdyby nigdy nic siedział w środku nocy przy JEGO stole.
Ron machnął po raz drugi różdżką i kuchnię wypełniło oślepiające światło. Draco zamrugał kilkakrotnie oczami, przyzwyczajając je do jasności, a Weasley syknął wściekle:
— Co ty tu, do cholery, robisz, tleniona fretko?
Malfoy uśmiechnął się wściekle.
— A co, Weasley? Myślałeś, że nikt się nie dowie o twoim parzeniu się z gnomami? — zapytał złośliwie.
Chciał wyprowadzić chłopaka z równowagi, co jak zwykle mu się udało, bo Ron bez wahania skierował na niego swoją różdżkę. Draco się zaśmiał, wstając z krzesła i śmiało podchodząc do rudzielca. Widział jego mokre włosy, w które, co zauważył z zaskoczeniem, wplątały się małe listki i fragmenty gałązek. Piegowata twarz była odrobinę mokra i zaróżowiona, a długą szyję znaczyły cienkie, prawie niewidoczne zadrapania.
— Twoi mniejsi znajomi dzisiaj woleli trochę ostrzej? — Draco wskazał długim palcem na krwawe kreski na szyi i twarzy chłopaka.
Różdżka Gryfona wbiła się w szyję arystokraty.
— Nie wszyscy są tacy zdesperowani, że albo gwałcą, albo zabawiają się ze zwierzętami — jadowicie odrzekł Ron.
Malfoy zmierzył wzrokiem Weasleya z najczystszą pogardą, skrzętnie ukrywając swoją złość. Prawie zawsze umiał panować nad emocjami.
— Więc nareszcie się przyznałeś do tego, że jesteś zdesperowany — odezwał się powoli. — Ciągle posuwasz zwierzęta. Bo w sumie, co to za różnica, gnom czy szlama… I tak nawet oni udają, że ich jarasz…
Zanim zdążył dokończył, dygocący z gniewu Ronald przycisnął go brutalnie do stołu, a różdżka Gryfona nieprzyjemnie wcisnęła się w tętnicę szyjną Dracona. Jednakże chłopak nie dał po sobie poznać, że w jakiś sposób go to ruszyło. O wiele bardziej interesował go znak, jaki zdołał dostrzec na lewym nadgarstku Łasicy, który powiedział prosto w jego twarz:
— A co? Miałbyś ochotę na Hermionę, nie?
Ron nie zauważył, że Ślizgon go ignoruje i ciągnął:
— Wiem, że to ty miałeś przeprowadzić atak na jej dom, gdy tylko twój pan przejąłby pełnię władzy, tleniony ciulu. Chyba nie tylko dlatego, że jest przyjaciółką Harry’ego, hah? Hah? — potrząsnął mocno chłopakiem, domagając się odpowiedzi.
Draco, wciąż wpatrujący się w nadgarstek Łasicy, powiedział natomiast coś, co sparaliżowało Rona bardziej niż Drętwota:
— Skąd masz Znak Posłuszeństwa Czarnemu Panu? — zapytał Malfoy głębokim, poważnym głosem, nieśpiesznie przenosząc wzrok na oczy Łasicy.
Niespełna calowy wąż, który na grzbiecie miał wyrytą ludzką czaszkę, był niemal niedostrzegalny na zgięciu nadgarstka. Trzeba było się bardzo dobrze przyjrzeć, żeby zauważyć, że to coś więcej niż zwykłe znamię albo pieprzyk. Człowiek, który nie znał za dobrze świata czarnej magii, nie mógłby go rozpoznać, ale Dracon, od roku będący jednym z ważniejszych śmierciożerców Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, poznał go i już po kilku sekundach nabrał pewności, że się nie pomylił.
— Co ty pierdolisz? — Weasley ocknął się z amoku i puścił chłopaka, odsuwając się szybko.
Opuścił także różdżkę.
— Wyrażaj się, Łasico — upomniał go Dracon. — Chyba zapomniałeś, z kim rozmawiasz.
Ron niebezpiecznie zmrużył oczy.
— Z największym chujem wśród śmierciożerców? — spytał kpiąco.
— Aha, więc zdążyłeś już wszystkich poznać, tak?
Przez chwilę chłopcy mierzyli się nienawistnymi spojrzeniami. Weasley sprawiał wrażenie, jakby nie był całkowicie przekonany, co powinien odpowiedzieć. Dracon natomiast cierpliwie czekał, zastanawiając się, jak to możliwe, żeby rudzielec trzymał z Ciemną Stroną.
Malfoy znał bowiem niemalże każdego w tym kręgu, a już na pewno wszystkich Anglików. Poza tym, tak głośne wydarzenie, jakim byłoby wcielenie do szeregów najbliższego kumpla Chłopca, Który Przeżył, nie obyłoby się bez rozgłosu. To byłby ogromny cios dla walczących po stronie Potter, a także dla niego samego, ale najważniejszym pytaniem było to, w jaki, do cholery, sposób Weasley dostał ten znak.
Znak Posłuszeństwa był czymś w rodzaju umowy przedwstępnej zawieranej między Czarnym Panem a osobą, która chciała stać się jego sługą. Najczęściej posiadały go bardzo młode osoby, uczniowie Hogwartu albo jego świeży absolwenci. Dracon też taki miał, dopóki rok temu, w wakacje, nie stał się „pełnoprawnym” śmierciożercą. Znak Posłuszeństwa zobowiązywał do szpiegowania i szukania informacji dla Czarnego Pana. Nie upoważniał on jednakże do zabijania lub brania udziału w napadach na mugoli. To przysługiwało tylko śmierciożercom.
Draco przestał rozmyślać i skupił się na słowach Weasleya, którego twarz nie wyrażała już poruszenia, tylko bardzo dobrze grane zdezorientowanie.
— Nie mam zielonego pojęcia, o czym mówisz, Malfoy — odparł gładko rudzielec.
— To w takim razie, czym jest ten wąż na twoim nadgarstku, co? — Dracon wskazał na lewą rękę Ronalda, który udał zaskoczonego.
— A o to ci chodziło… To dowód przegrania mojego zakładu z Ginny — powiedział spokojnie Gryfon, a zaraz potem ryknął lekko nerwowym śmiechem. — Tobie już całkowicie odjebało, ciulu. Za mocno wciągnąłeś się w Czarną Magię, chcąc zostać Jego przydupasem, i teraz świrujesz, wszędzie widząc symbole Slytherina.
Dracon uśmiechnął się pod nosem.
— Skąd wiesz, że to jeden z symboli Slytherina?
Weasley stracił rezon tylko na sekundę, ale zaraz się opamiętał.
— Podpuszczasz mnie, fretko? Przecież to…
— Obaj dobrze wiemy, że to nie jest zwykły wąż. Na grzbiecie ma wyrytą ludzką czaszkę. Widziałeś kiedyś takiego na żywo?
Ronald prychnął i powiedział to, co Draco przewidywał, że w końcu usłyszy:
— Nie mam zamiaru ci się tłumaczyć, Malfoy, tylko dlatego, że Czarna Magia przeżarła ci organ, który zastępował w twojej głowie mózg.
— Ależ mi absolutnie nie musisz się tłumaczyć — wzruszył ramionami Ślizgon. — Tylko jestem ciekaw, jak będziesz wyglądał przed swoim ojcem… albo Moodym… On na pewno rozpozna znak. Wielu jego posiadaczy zlikwidował, gdy ty jeszcze robiłeś w pieluchy…
Różdżka Rona wykonała niepokojący ruch, ale Dracon nie przerywał:
— Wiem, że kłamiesz. Nie jestem tylko pewien, w jaki sposób dostałeś się do któregoś ze śmieciożerczych obozów. Może przez Nokturn… albo bardziej prawdopodobne jest to, że mają swoje szpiegów ulokowanych gdzieś w okolicy. No, ale to już jest sprawa dla Wizengamotu…
Weasley po raz drugi doskoczył do chłopaka, przykładając różdżkę do jego szyi. W brązowych oczach Gryfona było coś dziwnego, jakiś rodzaj strachu przemieszanego z szaleństwem i zawiścią. Dracon wiedział, czerpiąc z siedemnastoletnich doświadczeń z Lucjuszem, że tak patrzą ludzie, którzy zaprzedali cząstkę siebie w zamian za moc panowania nad życiem i śmiercią, choćby w niewielkim stopniu. Zabijanie czy torturowanie były bawieniem się w Boga, a za to człowiek prędzej czy później musiał zapłacić, bowiem Ten Na Górze jest strasznie zazdrosny o swoją posadę.
— Gwarantuję ci, że nie piśniesz nikomu ani słówka — wysyczał Ron. — A jeżeli to zrobisz, pożałujesz, że nie dopadli cię twoi znajomi, kiedy uciekałeś z Hogwartu. Nawet nie możesz sobie wyobrazić, jakie cudowne przyjęcie powitalne naszykował dla ciebie twój ukochany tatulek. Pewnie by się ucieszył, gdyby otrzymał możliwość zobaczenia się z jedynym synem. Adres Nory raczej nie jest trudny do zapamiętania…
Malfoy nie wyglądał na przestraszonego. Mało tego, posłał Gryfonowi ironiczny uśmiech.
— Wygląda na to, że moi znajomi są teraz także twoimi — odezwał się zwyczajnym tonem, ignorując wzmiankę o Lucjuszu. — Dziwi mnie tylko, jak to się stało, skoro wystarczyło pięć minut, żebyś się przede mną wygadał. — I wyrwał się z uścisku Rona, nie zważając, że ten ma różdżkę, którą w każdej chwili może przeciwko niemu użyć.
Wszedł na schody, kiedy przypomniał sobie o czymś jeszcze.
— Nie myśl, że w odpowiednim momencie nie wymsknie mi się coś o tym twoim „przegranym zakładzie” — powiedział, uważnie obserwując, jak na twarzy rudzielca pojawiają się wypieki, a jego uszy przybierają bordowy kolor. — Aha, i ostatnia sprawa: jakbym chciał mieć szlamę, to bym miał ją już dawno. Jednak w przeciwieństwie do ciebie, mi wpojono podstawowe zasady higieny osobistej i wiem, że jej brudu nie dałoby się zmyć przez następne tysiąclecie, choćby stale się szorować pumenksem.
Draco zdziwił się tylko odrobinę, kiedy Łasica nie zareagował na obrażanie Granger. Malfoy wrócił do pokoju, gdy zegar z potłuczonym szkiełkiem wybijał wpół do czwartej nad ranem. W głowie kotłowało mu się tysiące myśli, a dwie najważniejsze dotyczyły tego, w jaki sposób Weasley skontaktował się ze śmierciożecami i dlaczego, na gacie Merlina, prawie od razu mu się do tego przyznał.
Zasnął dopiero przed wschodem słońca. Znowu przyśniła się mu Wieża Astronomiczna.

***
Witam wszystkich po skończonym rozdziale drugim! W przerwie między ostatnimi maturami próbnymi (chyba jednak się nie cieszę...) postanowiłam poczęstować was następną częścią "Smoczej opowieści". Dzisiejszy dzień był śliczny i ciepły i oby tak dalej!
"Zły Ron" to motyw dosyć oklepany. Osobiście nie czuję nienawiści do młodego Weasleya, nie lubię go tylko i wyłącznie dlatego, że został połączony z Hermioną. (Oni do siebie nie pasują. Po prostu nie.)
Ktoś musi być zły, żeby zły mógł być ktoś. Wypadło na Ronalda.
Chciałabym z całego serca podziękować za wszystkie komentarze, obserwowania i wyświetlenia! W najśmielszych snach nie spodziewałam się, że już pierwszy rozdział będzie cieszył się takim powodzeniem. Kłaniam się przed Wami nisko i przyznaję, że jestem Wam bardzo wdzięczna. To opowiadanie jest dla mnie niezwykle ważne, tym bardziej jestem szczęśliwa za każdym razem, gdy dostaję od Was znak, że jesteście i czytacie. Bardzo, bardzo dziękuję!
Oczywiście, czekam na konstruktywną krytykę :) Cieszmy się rozkwitającą wiosną i do zobaczenia!
PS Znaleźć mnie można na Asku :)

Copyright © 2017

Autor: Martwiała
Belka: Godło Hogwartu "Nigdy nie łaskocz śpiącego smoka"
Szablon: Martwiała; portret Dracona autorstwa edarlein
Tło wykonałam sama, korzystając z kodów CSS znalezionych na Tajemniczym Ogrodzie, Graphical Thoughts i Land of Grafic.
Słowa na szablonie: Godło Hogwartu "Nigdy nie łaskocz śpiącego smoka" i tytuł opowiadania
Favikona: Ayrton Jordan


Szablon dostosowany do przeglądarki Internet Explorer, Firefox, Google Chrome.


Wszystkie prawa zastrzeżone.

Obserwatorzy